O kartach katalogowych

Jednymi z częściej żądanych przez zamawiających od wykonawców w zamówieniach publicznych przedmiotowych środków dowodowych są „karty katalogowe”. Dokument ten nie ma żadnej definicji legalnej, a zwyczajowo określa się tak opis produktu, często o charakterze reklamowym. Pojedynczego produktu dotyczy pojedyncza karta, a ta powinna pochodzić – jak wskazuje nazwa – z jakiegoś katalogu, gromadzącego więcej produktów. Normalnemu zjadaczowi chleba kojarzy się więc jako coś powtarzalnego – jak opis produktu wyjęty z jakiejś książeczki zawierającej ofertę producenta (choć w dzisiejszych czasach mówienie o książeczkach jest już w pewnym stopniu anachronizmem).

Jaki jest cel żądania takiego dokumentu w ofercie? Oczywiście potwierdzenie, że oferowany przedmiot spełnia wymagania zamawiającego. Są z tym jednak dwa problemy. Po pierwsze, nawet jeśli karty pochodzą z oficjalnego kanału informacji producenta czy autoryzowanego dystrybutora, wcale nie ma 100% pewności, czy poświadczają stan faktyczny. Miałem kiedyś przypadek, gdy na stronie producenta w dwóch różnych miejscach znajdowały się szczegółowe informacje na temat jednego produktów, które między sobą istotnie się różniły. Cóż, producent też człowiek, nie zawsze wszędzie wszystko zaktualizuje, a produkty się czasami rozwijają (nawet jeśli symbol pozostaje ten sam). Ba, producent też człowiek i popełnia czasami błędy przy pospolitym wprowadzaniu danych.
Czytaj dalej

O wiedzy zaczerpniętej z innej oferty

Zamówienia publiczne i zdrowy rozsądek niekiedy nie idą w parze. Czasami co prawda zdrowy rozsądek potrafi zwyciężać, ale czy w tym przypadku także? Nie sądzę, choć bardzo chciałbym się mylić. Chodzi mianowicie o przypadek, gdy w tym samym postępowaniu u jednego wykonawcy brakuje dokumentu, który zamawiający otrzymał od innego wykonawcy. W praktyce zamawiający ma wiedzę, której potrzebuje, ale nie może jej użyć w sensowny sposób. Najprostszym i pewnie najczęstszym przypadkiem będzie karta katalogowa jakiegoś produktu, który jest oferowany przez więcej niż jednego wykonawcę – skoro produkt ten sam, to i karta powinna być identyczna. Jednak jeśli w jednej ofercie jej brakuje, zamawiający nie może zajrzeć do drugiej i zaczerpnąć niezbędnej wiedzy, tylko musi wezwać do jej uzupełnienia (wiedząc doskonale, co otrzyma) – oczywiście, o ile przewidział uzupełnianie przedmiotowych środków dowodowych.

Czym te karty będą się od siebie różnić? W zasadzie powinny tylko podpisem – za zgodność z oryginałem jednej z nich poręczy jeden wykonawca, a za zgodność z oryginałem drugiej – inny (oczywiście, jeśli takie potwierdzenie w ogóle będzie konieczne). Ale niekiedy nawet takiej różnicy nie będzie – wystarczy, że wyjdziemy poza świat przedmiotowych środków dowodowych i zajmiemy się podmiotowymi. Zdarza się bowiem niekiedy, że różne podmioty korzystają z tych samych podmiotów udostępniających zasoby czy podwykonawców i składają dotyczące ich dokumenty dotyczące przesłanek wykluczenia czy spełniania warunków. Skoro to te same podmioty, to zaświadczenie z urzędu skarbowego czy z rejestru karnego będzie poświadczać dokładne to samo. Co więcej, tu nawet niezgodności z podpisami zapewne nie będzie – wszak za zgodność z oryginałem powinien poświadczać taki papier nie wykonawca, ale właśnie podmiot, którego dokument dotyczy.
Czytaj dalej

O terminie ważności gwarancji wadialnej

Jestem przekonany, że ten wątek już się w „szponach” kiedyś przewinął. „Kiedyś”, ale tak dawno temu, że teraz sam nie mogę już tego tekstu odnaleźć. A chodzi o termin ważności gwarancji wadialnych, a ściślej – zagadnienie jego pokrywania się z terminem związania ofertą. Ustawa, czy to poprzednia, czy obecna, jest w tym zakresie jasna – wadium jest potrzebne dopóty, dopóki wykonawca jest ofertą związany. Jest to zresztą całkiem logiczne – wszak po ustaniu związania ofertą, wykonawca przestaje być zobowiązanym do zawarcia umowy, a tym bardziej – do wykonywania jakichkolwiek czynności w postępowaniu (w tym np. uzupełniania dokumentów). Skoro tak, to podstaw do zatrzymania wadium wtedy już nie ma.

Życie jest jednak nieco bardziej skomplikowane. Bo skorzystanie z gwarancji wymaga pewnych formalności. I jeśli w ostatnim dniu jej obowiązywania, po południu, dojdzie do sytuacji, która powinna spowodować przepadek wadium, zamawiający powinien mieć szansę tego wadium uzyskania. Powinien mieć, ale często nie ma, bowiem gwarancje niezwykle często mają termin obowiązywania identyczny z terminem związania ofertą, a także zapis, że skuteczne są tylko te wezwania do wypłaty sumy gwarancyjnej, które w terminie obowiązywania trafią do gwaranta. Tymczasem takie wezwanie trzeba napisać, podpisać (a nie zawsze ludzie są pod ręką), a następnie przesłać do gwaranta (niekiedy za pośrednictwem banku zamawiającego, który ma potwierdzić podpisy i od ręki tego nie załatwi). Jasne, w dobie elektronicznego podpisu bywa szybciej. Ale też to nie jest pięć minut. A przecież tego typu wątpliwe sytuacje często zdarzają się właśnie na sam koniec terminu związania.
Czytaj dalej

O oświadczeniu o podziale obowiązków

Na początek informacja organizacyjna: nadchodzi czas kanikuły, przynajmniej dla autora „szponów”. Co prawda zamówień w całości nie uda mi się od siebie odczepić, ale staram się jak mogę je w tym czasie ograniczać – a zatem kolejne „szpony” pojawią się zapewne dopiero pod koniec sierpnia. Może w międzyczasie uda się przeprowadzić pewne od dawna planowane prace techniczne – mogę mieć tylko nadzieję, że z tej okazji nie będzie przerw w nadawaniu. A przedwakacyjnie sięgnę po temat, który przewinął się już w ubiegłotygodniowym tekście – oświadczenia wykonawców wspólnie ubiegających się o udzielenie zamówienia, o których mowa w art. 117 ust. 4 Pzp, czyli wskazującego kto w ramach realizacji zamówienia będzie wykonywał jaki zakres. Tym razem jednak nie o spółce cywilnej, ale po prostu o konsorcjum.

To oświadczenie to nowy wynalazek ustawodawcy (no, relatywnie, w końcu ustawa obowiązuje od półtora roku). Poniekąd zrozumiały: jeśli w przypadku podmiotów udostępniających zasoby zamawiający mógł wymagać, aby realizowały ten kawałek zamówienia, który odpowiada spełnianemu przez nie warunkowi, to w odniesieniu do konsorcjów analogiczna zasada jest nie od rzeczy. W przypadku podmiotów udostępniających zasoby można było zweryfikować w tym zakresie zobowiązania do udostępnienia zasobów, które ustawodawca niezwykle nieszczęśliwie kazał w nowej ustawie składać wraz z ofertą – pisałem o bezsensie takiego rozwiązania już bodaj trzykrotnie, ostatni raz przed dwoma laty. Natomiast w przypadku konsorcjum narzędzia brakowało. No i jest: oświadczenie z art. 117 ust. 4 Pzp.
Czytaj dalej

O samodzielnym uzyskaniu przez zamawiającego dokumentów

Art. 127 pkt 1 Pzp (a także art. 274 ust. 4 Pzp – boskie jest to rozdwojenie przepisów na pożytek postępowań o różnej wartości, które dzięki art. 266 absolutnie niczego nikomu nie ułatwia) przewiduje, że zamawiający może nie wzywać wykonawcy do złożenia podmiotowych środków dowodowych, jeśli może je sam pozyskać za pomocą bezpłatnych i ogólnodostępnych baz danych. Najczęstszym chyba przykładem zastosowania tego przepisu jest samodzielne pobieranie przez zamawiających odpisów z CEIDG oraz KRS (jest to też możliwe w przypadku Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych, ale papierki stamtąd są znacznie rzadziej wymagane).

Ustawodawca obwarował tę możliwość wszakże warunkiem: o ile wykonawca wskazał w oświadczeniu o niepodleganiu wykluczeniu i spełnianiu warunków udziału w postępowaniu (powyżej progów unijnych – składanemu w formie JEDZ) dane umożliwiające dostęp do tych środków. Przepis jest dość wyraźny i znaleźć można w doktrynie stanowiska, zgodnie z którymi jeśli takich danych w tym oświadczeniu nie ma, zamawiającego nic nie zwalnia z obowiązku wezwania wykonawcy do złożenia takich dokumentów, choćby nawet doskonale wiedział gdzie je znaleźć (ostatnio np. Lidia Piotr-Krajecka w tekście „Samodzielne składanie dokumentów przez wykonawcę” w wakacyjnym wydaniu „Zamawiającego).
Czytaj dalej

O kłopotach spółki cywilnej

Spółka cywilna to wyjątkowe zwierzę: faktycznie jest firmą, a formalnie czasami nią jest, a czasami nie jest. Nawet podatki płaci na różne sposoby: dochodowy płacą wspólnicy (z osobna), a VAT – spółka. I choć spółka ma swój NIP i REGON, na gruncie zamówień publicznych każą nam traktować wspólników spółki cywilnej jako oddzielnych wykonawców wspólnie ubiegających się o udzielenie zamówienia. Jest wrzucana do jednego worka z konsorcjum, tymczasem w praktyce niewiele ma z nim wspólnego: konsorcja są zwykle tymczasowe, tworzone dla poszczególnych przedsięwzięć, bez wspólnych zasobów i organizacji. Spółka cywilna – przeciwnie, to byt trwały, jedna organizacja, jedne zasoby.

W efekcie w przetargach dochodzi do zderzenia rzeczywistości z formalnością, które bywa dla przedsiębiorców działających w tej formie małym problemem. Zaczyna się już od wypełniania formularza ofertowego, w którym wskazuje się wykonawcę – wpisać wspólników czy spółkę? A może jedno i drugie? Cóż, cokolwiek wykonawca (wykonawcy) nie zrobi, zwykle zamawiający jest w stanie ustalić, z kim ma do czynienia – jeśli jako wykonawca będzie wpisana spółka, ustalenie wspólników jest dziecinnie proste. Jeśli odwrotnie – jest podobnie.
Czytaj dalej

O wyższości dialogu konkurencyjnego nad negocjacjami z ogłoszeniem

Mamy w ustawie dwa odrębne tryby: negocjacje z ogłoszeniem oraz dialog konkurencyjny. Ten pierwszy jest w przepisach zamówieniowych od ich zarania: już w 1994 w ustawie o zamówieniach publicznych przewidziano tryb przetargu dwustopniowego i choć od tego czasu zmieniła się nazwa (a i parę innych szczegółów dotyczących przebiegu postępowania), podstawowe zasady pozostały niezmienione. Także gdy porównamy przesłanki zastosowania przetargu dwustopniowego z 1994 z obecnymi przesłankami zastosowania negocjacji z ogłoszeniem, wciąż mówimy o podobnych okolicznościach, o tych samych sprawach – przede wszystkim o sytuacjach, gdy charakter zamówienia powoduje, że negocjacje są potrzebne lub gdy zamawiający bez negocjacji nie potrafi wystarczająco dokładnie opisać przedmiotu zamówienia. Dziś jednak bramę do stosowania tego trybu otwarto szerzej, przede wszystkim z uwagi na przesłankę dotyczącą braku na rynku gotowych rozwiązań spełniających wymagania zamawiającego.

Dialog konkurencyjny pojawił się w przepisach znacznie później – w 2006. Początkowo traktowaliśmy go trochę tak, jak dziś traktujemy partnerstwo innowacyjne. Przesłanki zastosowania trybu dialogu konkurencyjnego były ostrzejsze od tych przewidzianych dla negocjacji z ogłoszeniem: konieczny był szczególnie złożony charakter zamówienia, z powodu którego nie da się opisać przedmiotu zamówienia lub określić uwarunkowań prawnych lub finansowych, a dodatkowo – cena nie mogła być jedynym kryterium oceny ofert. Na dodatek początkowo należało informować Prezesa UZP o wszczęciu takiego postępowania przy większych wartościach. Długo więc dialog konkurencyjny nie był zbyt atrakcyjny dla zamawiających. Trudniejsze do wykazania przesłanki, nieznana procedura.
Czytaj dalej

O nadużywaniu tajemnicy

Dziś cofnę się w czasie dość mocno, bo o siedem lat. Wyrok KIO będący inspiracją niniejszego tekstu zakopał się w kolejce do opisania bardzo głęboko, ale chyba niesłusznie. Dotyczy on bowiem sprawy, która w zamówieniach szczególnie mnie boli – wykorzystywania przez wykonawców instytucji tajemnicy przedsiębiorstwa do utrudniania konkurencji dostępu do ofert i składanych wyjaśnień. Wszystko dlatego, że konkurencja jest bardziej dociekliwa niż zamawiający, bo walczy o swoje, a do tego zwykle lepiej zna się na przedmiocie zamówienia i realiach rynku od zamawiającego – więc łatwiej znaleźć jej błędy w papierach konkurencji. Jednak wśród przesłanek zastrzeżenia tajemnicy takiej nie ma i wykonawcy namiętnie naciągają inne.

Taki właśnie przypadek był podstawą orzekania Krajowej Izby Odwoławczej w wyroku z 6 maja 2015 o sygn. akt KIO 807/15. Jeden z wykonawców zastrzegł tam wyjaśnienia rażąco niskiej ceny oraz sporą część oferty. W tej części były liczne dokumenty stanowiące zobowiązania podmiotów udostępniających zasoby, pełnomocnictwo do działania w imieniu jednego z nich, wykaz usług, wykaz narzędzi, wykaz osób, informację z banku. Inny się odwołał. I KIO przyznało odwołującemu rację w odniesieniu do znakomitej większości z tych dokumentów. Orzeczenie można podsumować w dużym (i pewnie krzywdzącym) skrócie: tak wiele dokumentów zostało zastrzeżonych bez sensu, że trudno odnaleźć zastrzeżenie z sensem (choć gdzieś tam KIO się go dopatrzyło, choć musiało to kosztować wiele odsiewania ziarna od plew).
Czytaj dalej

O idealnej wizji lokalnej

To gdzie to ma być? - rys. Wanda Bednarczyk

Rys. Wanda Bednarczyk

Idealnej czyli nieistniejącej, bo idealną można znaleźć żonę/męża, ale niewiele poza tym. O wizji lokalnej wielokrotnie w „szponach” wspominałem, ale nigdy jeszcze nie pojawił się tu tekst tylko na jej temat (choć były i na łamach „Doradcy”, i „Buduj z głową”). Wątek przewijał się tu głównie wtedy, gdy mowa była o odpowiadaniu na pytania i komunikacji ustnej w postępowaniu – bo z oboma tymi wątkami wizja lokalna jest blisko związana, choć z pewnością nie stanowi głównego ich elementu. To ważny element, choć nie każdego postępowania – nie zawsze jest potrzebna. To także taki element, w którym zamawiający powinien wyjątkowo mocno myśleć o samych zasadach postępowania, bo właśnie zasady w trakcie wizji odgrywają wyjątkowo ważną rolę.

Od czasu zmiany przepisów przed kilkoma laty coraz częściej zdarza się widzieć (choć na szczęście wciąż nie nazbyt często) wizje lokalne o charakterze obowiązkowym. Ustawodawca uzależnia możliwość narzucenia takiego obowiązku tylko wtedy jeśli jest to konieczne z ze względu na specyfikę przedmiotu zamówienia. „Konieczne”, a zatem bez tego nie da się złożyć oferty, choćby nie wiadomo jak zamawiający starał się z opisaniem przedmiotu zamówienia. Niestety, niekiedy ta możliwość jest nadużywana, a zamawiający traktują ów obowiązek jako element odsiania wykonawców. Jasne, udział w wizji w jakiś sposób świadczy o zaangażowaniu i chęci jak najlepszego przygotowania się do postępowania, jednak z drugiej strony czasami na przeszkodzie w udziale w takim przedsięwzięciu mogą stanąć przeszkody absolutnie trywialne i w efekcie zamawiający traci potencjalnie dobrych wykonawców.
Czytaj dalej

O 90% przychodu

Walka o odpady - rys. Wanda Bednarczyk

Rys. Wanda Bednarczyk

Dziś temat nie jest oryginalny – chodzi o niedawny wyrok KIO o dziesięciu sygnaturach (dla porządku wypada je podać: 561, 563, 573, 574, 575, 577, 579, 581, 587 i 589/22) w budzącej wielkie zainteresowanie sprawie odbioru odpadów na terenie Warszawy. No, odpady to rzecz w dzisiejszych czasach przynosząca pieniądze, ale zainteresowanie tym wyrokiem wynika przede wszystkim z jego potencjalnej precedensowości – może mieć on duże znaczenie dla interpretowania zasad zamówień udzielanych podmiotom powiązanym (in house) w polskich warunkach. Choć mam nadzieję, że podejście KIO zaprezentowane w tym wyroku jednak się nie przyjmie.

O samych zamówieniach „in house” pisać tu nie zamierzam – poświęciłem temu tematowi co najmniej dwa teksty w „szponach”: przed siedmioma laty i przed trzema laty. W największym skrócie jest to grupa zamówień, która jest wyłączona ze stosowania dyrektyw zamówieniowych, ponieważ unijny ustawodawca uznał, że stanowią one wewnętrzną sprawę zamawiających. Nasz krajowy ustawodawca uznał, że zamówienia takie należy włączyć do ustawy i obwarować pewnymi procedurami (zaostrzając przy tym nieco warunki ich stosowania), choć są to procedury ograniczone – takich zamówień udziela się w trybie zamówienia z wolnej ręki.
Czytaj dalej