O oświadczeniu osoby przygotowującej postępowanie

O oświadczeniach z art. 56 nowej ustawy Pzp pisałem w „szponach” niedawno. Tyle że wtedy było o bezsensie składania dwóch oświadczeń przez tę samą osobę w różnych momentach tego samego postępowania. Dziś będzie o składaniu oświadczeń przez osoby przygotowujące postępowanie. W pierwotnej wersji nowej ustawy w art. 56 ust. 3 znajdowała się kategoria osób, która jeszcze przed 1 stycznia 2021 została z przepisu usunięta – mianowicie „osoby wykonujące czynności związane z przygotowaniem postępowania”. Były one zobowiązane do złożenia oświadczenia o niekaralności za określone przestępstwa. Zapis ten budził pewien niepokój: osób przygotowujących zamówienie jest sporo, zidentyfikowanie ich wszystkich i zadbanie o to, aby złożyli oświadczenie przed pierwszą czynnością związaną z opisem przedmiotu zamówienia problematyczne, a już szczególnie wtedy, gdy przygotowanie postępowania rozpoczyna się bez świadomości, że skończy się to wszystko postępowaniem ustawowym.

Listopadową nowelizacją ustawodawca zrezygnował z obejmowania tej kategorii osób obowiązkiem składania oświadczeń. W ustawie pozostały jednak „osoby mogące wpłynąć na wynik postępowania”. I to zarówno w ust. 3 (kwestia niekaralności), jak i ust. 1 (kwestia potencjalnego konfliktu interesów). Tych zapisów nie ruszono i mimo usunięcia wskazania wprost osób przygotowujących postępowanie, powstała wątpliwość: czy „osoby mogące wpłynąć na wynik postępowania”, to przypadkiem nie są m.in. osoby, które to postępowanie przygotowują? Jaką intencję miał ustawodawca usuwając tę kategorię z ust. 3: chciał zrezygnować z objęcia ich oświadczeniami, czy zorientował się, że takie osoby zawierają się w kategorii szerszej, w związku z czym po prostu wyczyścił przepis z niepotrzebnego powtórzenia?
Czytaj dalej

O e-zamówieniach

O e-zamówieniach nie „w ogóle” (czyli o zjawisku udzielania zamówień publicznych za pośrednictwem narzędzi informatycznych), ale bardzo konkretnie – czyli o portalu e-zamowienia.gov.pl, który od 1 stycznia zaczął w sporym stopniu kształtować życie zamawiających w tym kraju. Portalu jak zwykle spóźnionego – elektronizację pełną parą zaczęliśmy już w 2018, teraz objęła ona de facto wszystkie postępowania przetargowe w kraju, a e-zamowienia.gov.pl nadal nie mają tych funkcjonalności, które zamawiającym byłyby potrzebne i nadal ci, którzy nie korzystają z platform komercyjnych, w zakresie składania ofert muszą polegać na protezie miniportalowej. Protezie wyjątkowo paskudnej, bo choć wreszcie usunięto konieczność szyfrowania za ofert przez wykonawców za pomocą dodatkowej aplikacji, to wciąż komunikacja spoczywa na ePuapie, a ten jest wyjątkowo nieprzyjaznym narzędziem – ba, ciekaw jestem, co powiedziałaby Komisja Europejska, gdyby wiedziała, jaką ścieżkę zdrowia musi przejść wykonawca zagraniczny, aby złożyć ofertę za jego pośrednictwem.

W każdym razie koniecznych funkcjonalności nie ma i nie zanosi się na to, żeby szybko były. Pod koniec zeszłego roku słyszeliśmy wiele obietnic, których ślady wciąż znajdują się na stronach UZP – np. że moduł składania ofert i wniosków pojawi się w e-zamówieniach na koniec marca. Dziś nie ma realnych szans na ten termin, mówi się o maju. Podobnie zresztą jest z innymi obietnicami UZP – np. komentarzem do nowej ustawy, który ktoś kiedyś obiecywał na przełom 2020/2021… Nic to, narzędzie jest niekompletne, ale zamawiający muszą go używać. Ba, w niektórych aspektach zdaje się ciut lepsze od narzędzi, które istniały do tej pory. Ciut to jednak znacznie mniej, niż oczekiwałbym w praktyce.
Czytaj dalej

O składaniu dwóch oświadczeń

Kwestia wyłączenia osób działających po stronie zamawiającego z postępowania o udzielenie zamówienia publicznego przez ponad ćwierć wieku działania systemu zamówień w Polsce zmieniała się w przepisach właściwie symbolicznie. Już w 1994 umieszczono w art. 20 ustawy o zamówieniach publicznych zakaz wykonywania czynności w postępowaniu przez osoby, które pozostawały z wykonawcą z związku budzącym podejrzenia – i przesłanki sformułowane wtedy w niemal niezmienionym kształcie dotrwały do dzisiaj. Istotne zmiany były tylko dwie: dodanie w 2002 obowiązku składania przez osoby uczestniczące w postępowaniu po stronie zamawiającego stosownego oświadczenia oraz w 2004 przesłanki dotyczącej niekaralności. Inne zmiany można uznać za kosmetykę. Wśród tych kosmetycznych zmian było m.in. zlikwidowanie w 2016 towarzyszącego zamawiającym przez lata wzoru obowiązkowego załącznika do protokołu zawierającego to oświadczenie (druk ZP-1). Odtąd wzoru już nie było, każdy mógł robić jak chciał: korzystać z wzoru opublikowanego przez UZP lub nie marnować papieru i zbierać więcej oświadczeń na jednej kartce papieru.

System był stały, choć nigdy nie był idealny. Nie od dziś wiadomo, że najtrudniejsze do wychwycenia z zewnątrz postanowienia postępowania, które mogą służyć promowaniu jakiegoś z góry wybranego wykonawcy, pojawiają się na etapie przygotowania postępowania. I choć zdarza się takie ograniczanie za pomocą warunków udziału w postępowaniu, to największe ryzyko niewychwycenia takich zjawisk leży w opisie przedmiotu zamówienia. Tam często jakiś niepozorny detal techniczny, dla osoby spoza branży nic niemówiący, eliminuje z postępowania konkurentów. Którzy przekonają się o jego istnieniu dopiero przy przekopywaniu przez opis. Stąd w nowej ustawie pojawił się art. 56, w którym zaproponowano objęcie obowiązkiem składania oświadczeń osób przygotowujących postępowanie, a zatem także i sporządzających opis przedmiotu zamówienia – ale po pierwsze, tylko w zakresie ich niekaralności (a więc raczej nie tam, gdzie leżał realny problem), a po drugie – na podstawie ostatnio podpisanej noweli naszej nowej ustawy, został z ustawy usunięty.
Czytaj dalej

O przygotowywaniu rynku do nowej ustawy

Miało być dzisiaj o pewnym absurdzie w obecnej ustawie Pzp, po którym za kilka miesięcy słuch zaginie. Ten temat przesunie się jednak na kolejny poniedziałek, a dziś będzie o czasie, w którym tego absurdu się pozbędziemy – czyli o terminie wejścia w życie nowej Pzp, a właściwie o naszym przygotowaniu do tego wydarzenia. A inspiracją był tekst Sławomira Wikariaka z „Gazety Prawnej” z 13 października o postulowanym przez Związek Powiatów Polskich przesunięciu wejścia w życie ustawy i przekazane w nim głosy rządowych organów tłumaczących utrzymanie terminu 1 stycznia 2021.

Przedstawiciele zarówno Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii, jak i Urzędu Zamówień Publicznych, wypowiedzieli się, że przesunięcie jest niekonieczne. Oficjalnie tylko jedna organizacja taki postulat wysłała, a to mało. Ministerstwo uważa, że rozwiązania z nowej ustawy są korzystne dla przedsiębiorców i dlatego trzeba je wprowadzić jak najszybciej. Urząd „wsłuchuje się w głosy płynące z rynku”, ale „nie widzi takiej potrzeby”. I chwali się swoimi osiągnięciami na polu przygotowywania zamawiających: konferencjami, w których uczestniczyło 1300 osób, prezentacjami z tych konferencji na stronie www, przygotowywanym komentarzem i 20 planowanymi lokalnymi wydarzeniami, do których jednak nie doszło (trzymajcie mnie).
Czytaj dalej

O wybieraniu agencji ratingowej

Agencja ratingowa to taka instytucja (a w zasadzie firma, jak każda inna), która bada stan finansów instytucji, przedsiębiorstw, samorządów czy krajów, a następnie wydaje swoją opinię na ten temat. Finalnym elementem opinii jest ocena, jak w szkole. I wiele innych instytucji zainteresowanych szybką oceną stanu finansów tychże podmiotów bardzo te oceny lubi. Po pierwsze dlatego, że mają mniej pracy (ktoś za nich tę pracę wykonał), a po drugie ponieważ system ocen jest prosty, łatwo jest też porównywać ze sobą oceniane instytucje.

Agencję taką założyć i prowadzić może każdy, ale tak to jest na tym rynku, że trzeba pozyskać zaufanie jego uczestników. Ocena wystawiona przez agencję, która takim zaufaniem powszechnie nie dysponuje, jest w gruncie rzeczy nic nie warta. Gdy pójdę do banku po duży kredyt i pokażę taką ocenę, nie ułatwi to wcale bankowi życia. Bo nie ufają, albo nie znają… Tak czy owak skończy się na tym, że do niczego ten papierek mi się nie przyda. Przydałby się, gdyby wystawiła go agencja na rynku szanowana i uznawana za wiarygodną. A agencji, do których cały świat ma zaufanie, na świecie mamy trzy: Fitch, Moody’s i Standard & Poor’s. Kontrolują ponad 90% rynku i jeśli ktoś chce na rynku międzynarodowym działać, musi mieć ocenę jednej z nich (a niektórzy mają nawet wszystkich trzech).
Czytaj dalej

O pisemności

Jedną z tych zmian w stosunku do obecnej ustawy Pzp, które podobają mi się w nowej ustawie Pzp, jest zmiana definicji pisemności. Obecna ustawa Pzp pisemności nie definiuje. Odsyła użytkownika przepisów do kodeksu cywilnego, który stanowi, że pisemne to własnoręcznie podpisane (względnie – podpisane kwalifikowanym podpisem elektronicznym). Tymczasem obowiązująca nam od dobrych paru lat dyrektywa 2014/24/UE (i jej pokrewne) pisemność rozumiały inaczej – ważne jest to, że da się odczytać, powielić i przekazać. A zatem gdyby porównywać to z naszym kodeksem cywilnym, mieściłaby się w tym nie tylko forma pisemna, ale i dokumentowa. Czyli nie jest potrzebny odręczny lub kwalifikowany podpis, liczy się tylko, by wiedzieć czyje to oświadczenie i by dało się utrwalić/przekazać.

Oczywiście, nasz ustawodawca miał prawo stawiać takie wymagania, a w praktyce pisemność w kodeksowym tego słowa znaczeniu dzieli ustawę z formami bardziej liberalnymi (czyli pisemnymi w rozumieniu dyrektywy, ale dokumentowymi w rozumieniu kodeksu cywilnego). Czyli na przykład wniosek o dopuszczenie do udziału w postępowaniu lub ofertę należy złożyć podpisaną odręcznie lub elektronicznie, ale wyjaśnienie tejże oferty może być złożone bez takiego podpisu, choćby i zwykłym mailem. I taki proces postępował – przed epoką poczty elektronicznej przywiązanie do odręcznego podpisu było znacznie większe. Dzisiaj postrzegamy takie wymogi jako praktyczną barierę, która spowalnia obrót: mogę podjąć decyzję błyskawicznie, ale ponieważ musi być utrwalona na własnoręcznie podpisanym papierze, jego przekazanie trwa znacznie dłużej. Ba, nie mam pewności, kiedy dojdzie do adresata – może się okazać, że po wyznaczonym terminie. Podpis kwalifikowany ten problem eliminuje, ale po pierwsze sam też jest w jakimś stopniu problemem (mniejszym problemem jest koszt, większym – mam wrażenie – gotowość i umiejętność jego używania), a po drugie, wciąż nie wszędzie „przejdzie”, bo nie wszystkie postępowania są elektroniczne.
Czytaj dalej

O ustawie okołokoronawirusowej

W postscriptum do poprzedniego wpisu było o tym, że o wprowadzanych ostatnio przepisach nie chce się pisać. I nie chodziło o to, że przepisy są aż tak schrzanione (choć pomysł z towarami i usługami był zaiste oryginalny, ale nie ma co się nad nim specjalnie pastwić, bo autor zapewne działał w pośpiechu i po prostu terminologię zaczerpnął nie z tej ustawy co trzeba), ale o to, że wszystko dookoła kręci się wokół jednego tematu i człowiek naprawdę go ma trochę dość.

No, ale wypada. Miejmy nadzieję, że pierwszy i ostatni raz. I na dodatek pewnie niezbyt oryginalny. Od środy obowiązuje nam nowa, poprawiona wersja ustawy okołokoronawirusowej. W sprawach zamówieniowych pojawiło się tam nie tylko zwolnienie ze stosowania ustawy (poprawione w zakresie nieszczęsnych towarów), ale i wytyczne co do zmieniania umów, naliczania kar i odszkodowań, a wreszcie niedochodzenia odpowiedzialności z tytułu naruszenia dyscypliny finansów publicznych i karnej.
Czytaj dalej

O (nie)ważnym podpisie elektronicznym

Trafił do mnie niedawno problem, z którym pewnie spotyka się wielu zamawiających – chodziło o elektroniczną kopię pełnomocnictwa, poświadczoną za zgodność z oryginałem oczywiście elektronicznie przez notariusza. Kłopot był w tym, że w chwili składania podpisu przez notariusza certyfikat był ważny, ale w chwili sprawdzania podpisu przez zamawiającego już nie. A na dodatek w sieci można znaleźć zajawkę artykułu, w którym padło stwierdzenie: „Certyfikat musi być zatem ważny i w momencie składania, i w chwili weryfikacji bezpiecznego podpisu elektronicznego, którym został opatrzony dokument elektroniczny.”

Hmm, do artykułu odnosić się nie powinienem, bo ani nie jestem specjalistą z pogranicza IT i prawa (z drugiej strony, zamówienia powoli stają się taką dziedziną), ani nie mam dostępu do całej treści tego artykułu. Jednak warto zwrócić uwagę, że tekst pochodzi sprzed ponad 10 lat, gdy mieliśmy jeszcze ustawą o podpisie elektronicznym, uchyloną przed 3 laty. Teraz mamy ustawę o usługach zaufania i identyfikacji elektronicznej, której art. 18 ust. 1 stanowi po prostu: „Podpis elektroniczny lub pieczęć elektroniczna weryfikowane za pomocą certyfikatu wywołują skutki prawne, jeżeli zostały złożone w okresie ważności tego certyfikatu.” I tyle, ani słowa o ustaniu tych skutków prawnych. Inna sprawa, że we wspomnianej wcześniejszej ustawie o podpisie elektronicznym mieliśmy bardzo podobny co do treści zapis (art. 5 ust. 1), więc cytowanemu zdaniu trochę się dziwię.
Czytaj dalej

O 25 latach

10 czerwca 1994 r. uchwalona została ustawa o zamówieniach publicznych. Weszła w życie później, stopniowo, dla części podmiotów od początku 1995, dla innych od początku 1996, ale mimo wszystko jest to data symboliczna. A dziś mija od niej dokładnie 25 lat, z których zdecydowaną większość spędziłem zajmując się zamówieniami publicznymi. Jasne, zamówienia dzisiejsze są inne od tych, o których myśleli twórcy tamtej ustawy, ale „kręgosłup” pozostał – zasady, którymi się kierujemy, podstawowe rodzaje trybów… Nie sposób nie podziwiać twórców ustawy, którzy w tym zakresie wymyślili coś ponadczasowego.

Niestety, gdy wejdziemy w szczegóły, to trudno będzie znaleźć taki, który nie został wywrócony do góry nogami. Poszliśmy w kierunku kazuistyki, objętość przepisów wzrosła kilkakrotnie, niestety coraz mniej jest w nich elementów, w których można działać elastycznie, kierując się zdrowym rozsądkiem i wyczuciem zasad. Coraz bardziej potrzebni są specjaliści od ustawy, jakkolwiek by to nie brzmiało. Z jednej strony mówimy o tym, że należy wdrażać przy udzielaniu zamówień dobre praktyki zakupowe, z drugiej coraz bardziej zamawiających się ogranicza wskazując im bardzo konkretne, jedyne dopuszczalne rozwiązania.
Czytaj dalej

O ogłoszeniach o pracy

Wspomnianą na wstępie tekstu sprzed dwóch tygodni konferencję organizowaną przez redakcję „Zamawiającego” otworzyło bardzo ciekawe wystąpienie red. Witolda Jarzyńskiego na temat rynku pracy w zamówienia publicznych. Przedstawił tam wnioski płynące ze swych badań nad ogłoszeniami o pracę w naszej branży. Wystąpienie to zainspirowało mnie do odkurzenia z kolejki tematów zagadnienia właśnie ogłoszeń o pracę. Oczywiście, nawet nie będę próbował dorównać red. Jarzyńskiemu w zakresie prowadzonych badań, ale niewielka próbka i odczucia z wielu lat praktyki zamówieniowej prowadzą do bardzo podobnych wniosków.

Główny z nich, w zasadzie bardzo osobisty, jest taki, że osobiście nie spełniłbym wymagań w mniej więcej połowie ogłaszanych przez polskich zamawiających naborów na stanowiska ds. zamówień publicznych. Chociaż „robię zamówienia” od ponad 20 lat i mam wrażenie, że orientuję się w tej tematyce w miarę przyzwoicie (w każdym razie kilka niebagatelnych wyzwań w swej karierze zrealizowałem), chociaż potrafię pracować i samodzielnie, i w zespole, i spokojnie, i w stresie, chociaż mam doświadczenie zarówno po stronie zamawiającego, jak i wykonawcy, na rynku zamówień publicznych i poza nim – niezwykle często nie spełniam podstawowego wymogu dotyczącego określonego kierunku wykształcenia. W tej chwili otwarłem sobie przypadkową próbkę ogłoszeń od instytucji publicznych z popularnego portalu pośredniczącego w takich sprawach i widzę, że nie miałbym szansy w trzech przypadkach spośród ośmiu.
Czytaj dalej