Jeszcze raz o AI w zamówieniach

Dziś nie będzie zbyt oryginalnie – inspiracją do tego tekstu jest wyrok Krajowej Izby Odwoławczej, o którym mówi cała zamówieniowa Polska (KIO 3342/25), a który dotyczy skutków użycia sztucznej inteligencji bez nadzoru. „Sprawa Exdrogu” dobitnie uświadamia uczestnikom rynku, czym może zaowocować nadmierna wiara w nowe technologie. Opisywać jej szerzej chyba nie ma potrzeby, wystarczy parę słów: wykonawca złożył wyjaśnienia rażąco niskiej ceny wygenerowane przez AI, która wymyśliła sobie interpretacje podatkowe i inne dane. To pozwoliło konkurencji zakwestionować ten dokument i doprowadzić do wyeliminowania firmy z postępowania.

Co gorsza dla wykonawcy, który posłużył się tym dokumentem, konsekwencją wyroku nie jest „zwykłe” odrzucenie oferty z powodu rażąco niskiej ceny, ale coś znacznie boleśniejszego – wykluczenie z postępowania z powodu wprowadzenia w błąd zamawiającego na podstawie art. 109 ust. 1 pkt 10 Pzp. Boleśniejszego, bo to wykluczenie nie jest jednorazowe – wykonawca musi liczyć się z tym, że taka sama sankcja będzie spotykać go przez kolejny rok w innych postępowaniach, w których zamawiający powołają się na tę przesłankę wykluczenia (w związku z art. 111 pkt 6 Pzp). Jeden błąd będzie ciągnął się za nim dość długo.

Czytaj dalej

O pokusach

Gdy zaczynałem swoją przygodę z zamówieniami publicznymi, jeszcze w poprzednim tysiącleciu, dostałem pierwszego dnia dwie rady od starszych kolegów z zespołu, w którym miałem pracować. Po pierwsze, abym nie przyzwyczajał się do kwot, którymi na przetargach człowiek poniekąd obraca (bo przecież zarabia wielokrotnie mniej), a po drugie, abym unikał pokus, a jeśli już jakiejś ulegnę – aby była warta ryzyka z tym związanego. Dotyczyły one dwóch bolesnych spraw: nieproporcjonalności zarobków w zamówieniach w stosunku do odpowiedzialności oraz korupcji.

Niestety, zamówienia publiczne bardzo często kojarzą się z korupcją. To efekt dekad codziennego życia, w którym łapówkarstwo był na porządku dziennym. W zakupach pieniądze były większe, a więc i okazji oraz pokus znacznie więcej. Mam jednak wrażenie, że to bolesne skojarzenie ma coraz mniejszą moc, występuje w coraz mniejszym natężeniu. Sam w swojej karierze pokus, przed którymi koledzy mnie przestrzegali, uniknąłem (tylko raz miałem podejrzenie w tym kierunku – gdy jeden z wykonawców uczestniczących w „moich” przetargach zaproponował prace mojej żonie – ale nigdy nie miałem pewności, czy to było związane z moją pracą i czy ów człowiek w ogóle wiedział, że jesteśmy małżeństwem). Elektronizacja zamówień publicznych tym bardziej je ograniczyła, przynajmniej w tym najbardziej ordynarnym zakresie, na etapie przyjmowania i badania ofert (choć przecież nie wyeliminowała, a wciąż poletko pozostaje chociażby na etapie przygotowania postępowania, kształtowania warunków i opisu przedmiotu zamówienia).

Czytaj dalej

O sztucznej inteligencji

Potrafię sobie wyobrazić zakupy publiczne realizowane bez specjalnego udziału człowieka, przez sztuczną inteligencję analizującą oferty otrzymane od innych sztucznych inteligencji. Tyle że zamiast ustawy będzie dla sztucznej inteligencji działającej po stronie zamawiającego duży prompt. Czy tak faktycznie będzie? Nie mam zielonego pojęcia. Jeśli tak, to nie szybko. Nie wiem, też, czy załatwi za człowieka wszystko. Liczę na to, że nie, a w całości wciąż będzie jakaś ludzka ręka, która będzie choćby zadawać AI zapotrzebowanie i ograniczenia.

Nie będę udawał – dotąd nie miałem ze sztuczną inteligencją niemal do czynienia. Kilka skromnych, raczej trywialnych prób i walka z przyciskiem Copilota na klawiaturze nowego laptopa (dla wyjaśnienia: żeby z powrotem był przyciskiem Ctrl). Cóż, należę do pokolenia „silversów” – jedno z pojęć, którego znajomość jest efektem dwóch dni spędzonych ostatnio w w bliskim towarzystwie AI. Te dwa dni wykorzystałem też m.in. na przeprowadzenie kilku bardziej zaawansowanych testów na AI związanych z zamówieniami publicznymi. I dały one wyniki delikatnie mówiąc niezadowalające. Ale z góry uprzedzam – omówione tu przykłady nie dotyczyły tematów łatwych i oczywistych, bo przecież jeśli AI ma być dla mnie wsparciem, to przede wszystkim tam, gdzie sam mam wątpliwości. Testów przeprowadziłem kilka (na łatwiejszych tematach AI dawała sobie radę, na kwestii uzupełniania dokumentów ciut mieszała, nie dostrzegając różnicy między składaniem i uzupełnianiem), ale tu przedstawię wyniki tylko dwóch najciekawszych, tych na których – jak dla mnie – poległa w 100%.

Czytaj dalej

O smutnym losie zamówieniowca

Wczoraj miała miejsce całkiem okrągła rocznica powstania niniejszej strony – pierwsze „szpony” pojawiły się w sieci 9 marca 2010 roku, czyli 15 lat (i 1 dzień) temu. Aż trudno uwierzyć.

Zatem zamiast pisać o konkretnych zamówieniowych problemach dzisiaj tylko krótka refleksja ogólniejszej natury. Tym razem o samych zamówieniowcach. Szczególnym gatunku ludzi, który dla szerokiej publiczności właściwie nie istnieje. Jeśli pojawiają się w świadomości przeciętnego śmiertelnika, to zwykle w związku z jakimś opisywanym w mediach przekrętem czy aresztowaniem. Nikt nie pisze tekstów o uczciwych przetargach (no, poza prasą specjalistyczną, do dziś pamiętam całą stronę w „Dzienniku Gazecie Prawnej” poświęconą postępowaniu, w którym nawet zamieszczono schemat ze strzałkami, aby czytelnik połapał się do jakich zwrotów akcji w nim dochodziło). Nikt nie pisze powieści o przetargowcach (choć takie o księgowych czy prawnikach pewnie się zdarzają).

Czytaj dalej

O spotkaniach

Taki czas świąteczny już właściwie – dzisiaj, w przedwigilijny poniedziałek, nie mamy za bardzo głowy do roboty, myślimy o smażeniu karpia, gotowaniu maku i innych wigilijnych atrakcjach, niecierpliwie wyczekujemy, czy uda się pójść wcześniej do domu, zrobić zakupy, wziąć się za robotę…1 A przede wszystkim wyczekujemy spotkań, tych z bliskimi, w świątecznej atmosferze, bez których ten czas trudno sobie wyobrazić.

Zamówienia publiczne bez spotkań i ceremonii też kiedyś trudno było sobie wyobrazić. Tymczasem powoli takich okazji ubywa. Dawniej telefon stacjonarny był jedynym narzędziem do komunikacji na odległość, a faks szczytem nowoczesności. Dokumenty przepływały papierowo, ich treść ustalało się na spotkaniach. Dziś takich spotkań jest znacznie mniej. Mamy maila i rozmaite komunikatory, mamy narzędzia do telekonferencji. W gruncie rzeczy zdarzają się zamówienia, w których komisja nie musi w ogóle się spotykać.

Czytaj dalej

O polityce informacyjnej Urzędu Publikacji Unii Europejskiej

Dziś będzie krótko i jeszcze bardziej prozaicznie niż ostatnio. Pod wpływem impulsu, jaki wywołał dramatycznie brzmiący e-mail otrzymany z Urzędu Publikacji Unii Europejskiej. Impulsu na tyle silnego, że wypchnął inny temat z kolejki. Mianowicie autor „szponów” szczęśliwym trafem od kilku tygodni nie logował się w systemie (swoją drogą, to z pewnością było nie więcej niż 2 miesiące, a więc stosunkowo krótko). I otrzymał wysłaną przez automat z nieszczęsnych eNotices2 wiadomość, której pełna treść brzmiała następująco: „Your account has been deactivated, you are not able to access eNotices2 anymore.”

Jedno zdanie, nawet bez podpisu. Bez tłumaczenia na polski (choć może lepiej, żeby nie tłumaczyli, biorąc pod uwagę doświadczenie z tłumaczeniowymi wynalazkami z systemu). A może przyprawić o zawał serca. Ktoś zabrał dostęp do konta na eNotices2. Co z moimi ogłoszeniami? Na szczęście, mimo dramatycznego brzmienia komunikatu, mimo braku jakiegokolwiek wyjaśnienia, da się do systemu zalogować i okazuje się, że jest jednak nadzieja. Co prawda przede wszystkim rzuca się w oczy komunikat „Błąd. Nie masz uprawnień do tego działania”, ale jest też drugi: „Twoje konto zostało zablokowane. Czas na odzyskanie konta: 5 miesiące/miesięcy oraz 24 dni . Po tym czasie Twoje konto zostanie usunięte na stałe”. A obok niego przycisk „Odzyskaj moje konto”.

Czytaj dalej

O idealnym zamówieniowcu

No dobra, idealny zamówieniowiec pewnie nie istnieje. Można określić kryteria, jakie będziemy stosowali do jego oceny, wszak istnieją europejskie ramy kompetencji, jednak kogoś, kto spełnia je wszystkie, pewnie ze świecą szukać. Do tych ram jednak mało kto sięga. Świetnie się natomiast mają pewne stereotypy, które idealnego zamówieniowca (przynajmniej po stronie zamawiającego) widzą w prawniku. Ostatnio byłem uczestnikiem webinaru, w którym pojawił się przykład dotyczący zatrudniania doradcy właśnie zamówieniowego – i jakoś z automatu w ustach prowadzącego został utożsamiony z prawnikiem.

No dobrze, może odrobinę przesadzam. Gdy kiedyś przeglądałem ogłoszenia o pracę (co było tematem tego tekstu sprzed pięciu lat) wykształcenie prawnicze było wymogiem w bodajże trzech spośród ośmiu sprawdzonych ogłoszeń. Zebrałem teraz taką samą próbkę ogłoszeń od zamawiających z pewnego portalu pośredniczącego w pozyskiwaniu pracowników i jest ciut lepiej – brak wykształcenia prawniczego nie wyklucza nigdzie. Jednak w siedmiu spośród ośmiu ogłoszeń jest kierunkiem ukończonych studiów preferowanym. Nie zawsze w pojedynkę, czasami w towarzystwie administracji czy ekonomii, ale niemal wszędzie na pierwszym miejscu. I to chyba dowodzi, że wciąż zamówienia kojarzą się nam li i jedynie z przestrzeganiem ustawy…

Czytaj dalej

O łatwości popełniania błędów

Często na tych łamach chwalę elektronizację zamówień. Bo istotnie, przyniosła ona szereg ułatwień w życiu – pamiętamy czasy (no, niektórzy z nas), gdy wykonawca po dokumenty zamówienia musiał jechać do zamawiającego i jeszcze mu za nie płacić. Pamiętamy czasy (tu niemal wszyscy), gdy wykonawcy każdą ofertę musieli do zamawiającego dostarczyć na przysłowiowe biurko. Ale elektronizacja to nie tylko ułatwienie w przesyłaniu dokumentów, oszczędności na czasie, tonerze i kurierze. To także ułatwienia w przygotowywaniu dokumentów – ileż więcej jest opcji przetwarzania dokumentów w przypadku, gdy są one przygotowane w odpowiednim formacie elektronicznym. Zwykły skan w pdf co prawda nieszczególnie się tu przydaje, ale przecież coraz więcej dokumentów mamy w formatach dających się edytować i przetwarzać. Ba, zamawiający mogą żądać od wykonawców składania katalogów elektronicznych – a to przecież nic więcej jak kalkulacje i opisy sporządzone zgodnie z narzuconym wzorem w odpowiednim formacie.

Jednak jednocześnie elektronizacja sprzyja powstawaniu błędów. Zaczęło się niewinnie, już w danych czasach, gdy przestaliśmy wystukiwać warunki przetargów na maszynach do pisania i zaczęliśmy korzystać z dobrodziejstw edytorów tekstu w komputerze. Jednym z genialnych wynalazków w świecie informatycznym jest możliwość kopiowania – cudowna/przeklęta kombinacja klawiszy (przynajmniej w środowisku Widnows) ctrl+c ctrl+v. Ileż ona czasu zaoszczędza. Można wziąć specyfikację z jednego przetargu, zmienić w niej tytuł i kilka punktów i jest nowa specyfikacja do nowego przetargu. Podobnie z ofertami, JEDZ-ami i innymi dokumentami pojawiającymi się w postępowaniu. Jednak to znakomicie ułatwia też błędy. Ileż to razy zamawiający kopiując czy to całe specyfikacje, czy to ich fragmenty, pomijał przy dostosowywaniu ich treści jakież punkty. Ileż to razy raz popełniony błąd przewijał się w specyfikacjach przez dziesiątki kolejnych przetargów (ba, sam przez pewien czas we wzorach oświadczeń miałem napisane o niepodleganiu wykluczeniu na podstawie art. 22 zamiast art. 24 poprzedniej Pzp).
Czytaj dalej

O rozmawianiu

Zamek/urząd - rys. Wanda Bednarczyk

Rys. Wanda Bednarczyk

Dzisiaj nie będzie o niczym nowym. Przeciwnie – temat ten wprost lub na marginesie poruszałem w „szponach” niejednokrotnie (ostatnio – dosłownie kilka tygodni temu). Ale przysłano mi niedawno SWZ z takim oto pięknym punktem: „Jednocześnie Zamawiający informuje, że przepisy ustawy nie pozwalają na jakikolwiek inny kontakt – zarówno z Zamawiającym jak i osobami uprawnionymi do porozumiewania się z Wykonawcami – niż wskazany w niniejszym rozdziale. Oznacza to, że Zamawiający nie będzie reagował na inne formy kontaktowania się z nim, w szczególności na kontakt osobisty w swojej siedzibie”. Dodajmy, że „niniejszy rozdział” przewidywał tylko komunikację elektroniczną.

Z jednej strony – zamawiającego można próbować zrozumieć. Wszak od zawsze walczymy z korupcją w zamówieniach publicznych, a osobisty kontakt jest do tego elementem niemalże nieodzownym. Jednak czy takim zapisem zamawiający uchroni się przed potencjalnie złą wolą swojego pracownika, który będzie w jakichś – właśnie – osobistych konszachtach z wykonawcami? Oczywiście, że nie. Jeśli ktoś chce ustawić przetarg, ten kawałek papieru w niczym mu nie przeszkodzi. Cóż więc ten zapis daje? Co najwyżej stanowi informację: my jako Zamawiający chcemy mieć czyste ręce za wszelką cenę i nie chcemy by okazja czyniła złodzieja. Jak to odczyta potencjalny wykonawca? Cóż, mam wrażenie, że się uśmieje albo zapłacze, jeśli pomyśli o zamawiającym, który nie chce rozmawiać z wykonawcami.
Czytaj dalej

O pomaganiu wykonawcom

Ustawa prawo zamówień publicznych jaka jest, każdy widzi. Ponad 600 artykułów, kilkanaście aktów wykonawczych, nie wspominając o interpretacjach, które wynikają z orzecznictwa… Co nowa ustawa, to mowa była o tym, że ma być łatwiej, ale było odwrotnie – im bardziej oddalamy się od 1994, tym zamówienia publiczne stają się coraz bardziej hermetyczne. Specyfikacje rzadko tłumaczą ustawę na polski, bo zamawiający siłą rzeczy posługują się językiem tej ustawy. I coraz częściej jest tak, że przeciętny wykonawca nie mający doświadczenia w tej branży, nie jest w stanie rozeznać się we wszelkich niuansach, którego jego dotyczą, a czasami nawet – odpowiednio złożyć oferty i dokumentów. Konieczna jest pomoc z zewnątrz, a i tu nie każdy prawnik posłuży pomocą.

Niektórzy wykonawcy w takich sytuacjach zaczynają szukać pomocy jednak nie u prawnika, ale gdzie indziej – u zamawiającego. No cóż, poniekąd rozsądnie, bo przecież komu jak nie zamawiającemu powinno zależeć na tym, żeby dostać od nich oferty. Im więcej ofert, im większa konkurencyjność, tym większa szansa na przyzwoite warunki realizacji zamówienia. Problem pojawia się jednak w tym, że mamy do czynienia z dwoma stronami postępowania, a na dodatek z nich dwóch to właśnie zamawiający jest związany większą liczbą zasad i ograniczeń. I z tą pomocą ze strony zamawiającego bywa czasami krucho.
Czytaj dalej