Tydzień temu wspominałem o temacie podpisowym, który spychany był w tył kolejki „szponowej” od dobrych kilku lat – i ruszyło mnie sumienie, aby półkowicza odkurzyć. Za tym spychaniem wstecz stała jednak pewna konkretna przyczyn – choć każdy uczestnik rynku zamówieniowego w tym kraju w tematykę podpisów elektronicznych wdrożyć się musiał (zwłaszcza pracownicy zamawiających), zawsze to pozostaje wdrożeniem się tylko „w pewnym stopniu”. Bo tematyka jest na tyle skomplikowana, z pogranicza informatyki i prawa, że wyszła poza ramy do ogarnięcia przez zwykłego człowieka i wykształciła własnych specjalistów. Ale nic to, zaryzykujmy.
Problemy z podpisami w zamówieniach to w zasadzie niekończący się temat, bo one wciąż są obecne i w niemal każdym postępowaniu zamawiający musi poświęcić choć parę myśli temu tematowi. Są takie całkiem prozaiczne. Np. serwis wykorzystywany do weryfikacji sygnalizuje niepewność co do podpisu, ale wynika ona z faktu, że w chwili sprawdzenia ważność certyfikatu już wygasła (był on jednak ważny gdy podpis składano). Albo sygnalizuje, że podpisane są dwie wersje dokumentu, ale trzecia już nie – cóż, niemal zawsze się okazuje, że to jakiś kolejny dodatek mechanizmu podpisowego, a wersje są identyczne co do treści (w przypadku plików pdf opcję porównania zapewnia nawet darmowy Acrobat Reader). W obu tych przypadkach problem niby jest, ale tak naprawdę wszystko jest OK.
Czytaj dalej