O nadużywaniu prawa do odwołania

Sporo ostatnio mówi się o przeciążeniu Krajowej Izby Odwoławczej – rośnie liczba odwołań, czego skutkiem jest przedłużanie się czasu trwania postępowań odwoławczych. A przecież jedną z zalet wprowadzenia KIO w naszym kraju było szybkie rozstrzyganie spraw. Oczywiście, możliwych lekarstw jest kilka, a biorąc pod uwagę informacje wynikające z wykazu prac legislacyjnych rządu (link), można spodziewać się w jakiejś nieodległej przyszłości podwyższenia wysokości wpisów od odwołania (i być może wprowadzenia mechanizmu ich waloryzacji – czemuż ustawodawca podobnie nie postąpił przy progu obowiązywania ustawy?), a także wprowadzenia posiedzeń i rozpraw prowadzonych wyłącznie zdalnie, bez możliwości fizycznego uczestnictwa (choć to dość szybki krok, bo przecież sama możliwość zdalnej obecności stron dopiero w tym momencie w KIO się pojawiła – czyżby to był krok podyktowany interesem samych arbitrów?).

Cóż, mając ostatnio do czynienia z odwołaniem napisanym przez jakiegoś agenta AI, bez większego ładu i składu, pomyślanego zapewne tylko na przestraszenie zamawiającego, a wobec braku jego reakcji – wycofanego w ostatniej możliwej chwili (na dzień przed wyznaczonym terminem rozprawy), jakoś trudno nie podzielić pozytywnego stosunku do nadchodzących zmian. Oczywiście, ich ocena będzie zależała od ostatecznego ich kształtu – póki co znamy tylko hasła i ogólne cele, a diabeł może siedzieć w szczegółach.

A szczegóły mogą pójść w stronę zbyt radykalnego podniesienia opłat, co może ograniczyć prawo do odwołań. W końcu nie chodzi o to, aby stawiać bariery ograniczające możliwość wniesienia odwołania, ale o bariery ograniczające wnoszenie odwołań bez realnych szans powodzenia czy po prostu na złość. Przecież nie każde odwołanie wycofywane na dzień przed rozprawą należy rozpatrywać w kategoriach złośliwości – czasami taki krok wynika z analizy argumentów czy dowodów strony przeciwnej, poznanych chwilę wcześniej. Mieliśmy zresztą już w przeszłości sytuację, w której wysokość opłaty od skargi na orzeczenia KIO w praktyce została mocno przesadzona – i efektem było nie tylko ograniczenie skarg, ale podniesienie ryzyka, jakie ponosił zamawiający (wszak efektem przegranej sprawy – a nie każda była oczywista – mogła być strata milionów ze środków publicznych).

Cóż, czy ustawodawca znajdzie rozwiązania, które całkowicie wyeliminują problem odwołań pozornych, obliczonych na przeciąganie czy złośliwych? Nie sądzę. Sam pamiętam przetarg sprzed ponad dekady, gdzie wysokość wpisu od odwołania była relatywnie bardziej dotkliwa, a tymczasem odwołania wpływały jedno za drugim, obliczone tylko na przeciąganie postępowania (włącznie z odwołaniem, w którym zawarty był zarzut zbyt dobrej oceny własnej oferty).

Może więc zatem inne podejście? Czytając kiedyś kryminał Roberta Galbraitha zetknąłem się z anglosaskim rozwiązaniem „uciążliwych pozywających”. Klient, który przesadza z prawem do pozwu, po jakimś czasie musi liczyć się z tym, że zostanie wpisany na listę utrudniającą mu korzystanie z takiego prawa. Wpis na nią nie oznacza co prawda zakazu wnoszenia pozwu, ale zakłada konieczność wstępnej weryfikacji. Ba, zdaje się funkcjonuje to także w tamtym kręgu kulturowym w sprawach gospodarczych. Może zatem coś podobnego w KIO? Jak wniesiesz minimum 10 odwołań, a ich skuteczność wyniesie 10% lub mniej, to może jakaś wstępna, szybka ocena, bez posiedzenia i rozprawy, która może zablokować kolejny taki krok? A może taka ocena przy każdym odwołaniu – analogicznie jak zaproponował ostatnio Rzecznik Praw Obywatelskich w odniesieniu do prywatnych aktów oskarżenia (link)? Cóż, pomarzyć można :)

PS No i masz! Okazało się, że przed długim weekendem opublikowano projekt nowych przepisów, a człowiek w tym czasie nie miał głowy do sprawdzania stanu rzeczy i dowiedział się dzisiaj (choć dziękuje tym, co pisali mu już w piątek, tyle że na skrzynkę, do której nie zagląda :)).

5 komentarzy do: “O nadużywaniu prawa do odwołania

  1. Biorąc pod uwagę koszty wpisu mam wrażenie, że KIO finansowo jest instytucją samo się napędzającą. Może zatem wystarczyłoby zmienić lokalizację z Mordoru na Mokotowie i przenieść się w nieco bardziej ustronne miejsce, gdzie dojazd będzie przyjemniejszy, najem siedziby tańszy, a oszczędności przeznaczyć na pensję dodatkowego składu orzeczniczego.
    Dlaczego się ktoś wycofuje dzień przed rozprawą?
    Ano czasem dlatego, że zazwyczaj publikacje są w piątki, na 2 minuty przed opuszczeniem pracy danego urzędnika odpowiedzialnego za postępowanie, dokumentację udostępnia się niezwłocznie, tj. nie w poniedziałek, ale we wtorek, a czasem i w środę z absurdalnych powodów mówiących np. że pismo przewodnie musi podpisać naczelnik / dyrektor / wójt, którego nie ma, bo jest w delegacji / na urlopie / na sesji rady. I jak tu samodzielnie w kilka godzin dokonać rzetelnej analizy materiału, który Zamawiający sobie oglądał kolektywnie w kilka tygodni? Potem opisać, opłacić, wysłać przez porta, który nierzadko odmawia współpracy i to najczęściej na jesieni, gdzie jest w kolejne 20-30 ofert do złożenia?
    Może zmieńmy przepisy i dni na odwołanie liczmy w dniach roboczych oraz obowiązkowo wprowadźmy publikację protokołu w tym samym dniu, co rozstrzygnięcie postępowania.
    Wykonawcy będą mieli wówczas uczciwy czas na analizę i na rzetelne argumenty, więc liczba niechlujnych odwołań być może się zmniejszy.

    • Lokalizacja już niedługo przestanie mieć znaczenie, skoro idziemy w kierunku, że KIO będzie mogło zarządzić zdalne (nie żeby obecna mi przeszkadzała). O udostępnianiu dokumentacji pisałem nieraz i też postawy zamawiających nie rozumiem. Ale co do piątków to dotąd nie miałem do czynienia z zamawiającymi, którzy na złość publikowaliby wyniki w takim terminie (owszem, zdarza się, ale wynika z przyczyn naturalnych). A co do wycofywaczy – zbyt często jest tak, że mają sporo czasu, aby wierzyć w czyste intencje. Ten ostatni miał jakiś miesiąc :)

  2. Najbardziej absurdalny przykład z mojego doświadczenia to publikacja w dniu 23.12.2025 r. o godz. 13.21, potem wigilia u zamawiającego, więc na moją wiadomość o udostępnienie dokumentacji z godz. 13.34 nikt reaguje. Podobnie jak w poniedziałek 29.12.2025 r. Po 3 monitach przez platformę, dwóch mailem i 4 telefonach dokumentację otrzymałem we wtorek 30.12.2025 o godz. 14.12. Na odwołanie 5 dni. Zamówienie społeczne poniżej kwot.
    Natomiast piątki są standardem, jak ktoś ma wyczucie, to robi to rano, jak nie, to po 12. Zazwyczaj budżetówka w piątki pracuje krócej (13-14), więc na wnioski nikt tego dnia nie odpowiada. Z 5 dni zostają 3, przy czym jeśli jest to poniedziałek, to nigdy o 8.00, raczej nie wcześniej niż 10-11.
    Co do wycofań, to jeszcze w grę wchodzi np. przedłużenie z wolnej ręki temu, kto coś już świadczy w okresie ogłaszania zamówienia, a że robi się postępowanie na ostatni gwizdek, to ktoś musi temat na czas odwołania pociągnąć. Zawsze to są dodatkowe 1-2 miesiące przychodu.
    Dalej więc twierdzę, że nie jest łatwo w dwa dni napisać coś z sensem.
    Żeby nie było – przy 10 dniach na odwołanie sytuacja jest bardzo podobna, tylko niezbędna zwłoka kończy się w okolicach 4-5 dnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *