Trzy lata temu pojawił się w „szponach” tekst o niepożądanych praktykach zamawiających pojawiających się przy odpowiadaniu na wnioski o wyjaśnienie dokumentów zamówienia. Opisywałem tam przypadek zamawiającego, który na pytanie o dwa wykluczające się wzajemnie zapisy SWZ odpowiedział, że należy działać zgodnie z dokumentami zamówienia. Tak jakby nie zrozumiał sprzeczności, nie lubił pytającego wykonawcy lub miał generalnie gdzieś odpowiadanie na pytania (którykolwiek z przypadków nie zaszedł, każdy jest karygodny). I pisałem wtedy, że aż prosiłoby się odwołać od takiej czynności.
I teraz, po trzech latach, Internet (a właściwie profil SzuKIO w którymś z mediów społecznościowych) podetknął mi pod oczy wieść o wyroku Krajowej Izby Odwoławczej w sprawie KIO 259/26 – gdzie podstawą odwołania był fakt, że zamawiający na pytania wykonawcy seryjnie odpowiedział: „Zgodnie z SWZ”, choć pytania dotyczyły kwestii, które w SWZ jako żywo określone nie były. Wyroku, dodajmy, piętnującemu taką praktykę z tak dużą stanowczością, że trudno sobie większą wyobrazić.
Zamawiający, można powiedzieć, podkładał tutaj się seryjnie. Najpierw zlekceważył pytania wykonawcy, a potem poświęcił sporą część odpowiedzi na odwołanie krytyce pytającego wykonawcy jako pieniacza, opierając się na fakcie, że to było jego drugie odwołanie w tym postępowaniu, mimo że wiedział, że zamawiającego cisną terminy. Z drugiej strony w tejże odpowiedzi jakimś cudem potrafił obszernie odpowiedzieć na pytania. Cóż pozostało Izbie – tylko uwzględnić odwołanie. I pójść w ślady zamawiającego – tak jak ten twierdził, że pytania były złośliwe, obliczone na odgrywanie się za przegrane odwołanie, tak i KIO stwierdziło, że „z dużą dozą prawdopodobieństwa źródłem nieprawidłowości w działaniach Zamawiającego, jest jego osobisty, negatywny stosunek do Odwołującego”. I że mamy do czynienia ze „świadomym i celowym działaniem Zamawiającego, który nie godził się na sam fakt zadawania mu pytań przez wykonawcę”.
Cóż, tendencję do odpowiadania nazbyt lakonicznego zauważam u wielu zamawiających (albo osób merytorycznych w ramach organizacji). I często mam wrażenie, że konkretne odpowiedzi trzeba wyrywać gdzieś bardzo głęboko z czyichś trzewi. Nie wiem, skąd bierze się ta postawa. Przecież jeśli faktycznie sprawa jest opisana w SWZ, a wykonawca to przeoczył, nic zamawiającego nie kosztuje wskazanie, w gdzie konkretnie znaleźć tę informację (swoją drogą, dla zamówieniowca takie uszczegółowienie to sygnał, że osoba merytoryczna wie, co pisze i choćby z tego powodu powinien tego oczekiwać). Jeśli zaś sprawa nie jest opisana w SWZ, wypadałoby odpowiedzieć konkretnie, a nie wysyłać na manowce. Jasne, często pytania służą do przeforsowania rozwiązań, które poprawią pozycję konkurencyjną pytającego wykonawcy. Ale nawet i wtedy, odmawiając zmian, można wskazać choćby i jednym zdaniem, dlaczego. Ot, choćby po to, aby dać sygnał wykonawcy, że i zamawiający wie, co robi, i nie da się nabrać na plewy.
Ale mam wrażenie, że w tej sprawie to orka na ugorze…