O znakach towarowych, umowach i wolnej ręce

O tym, że przepisy ustawy zakazujące używania znaków towarowych (a raczej – pozwalające na ich użycie tylko pod pewnymi warunkami) są nazbyt rygorystyczne, już w „szponach” pisałem, i to nie raz (przede wszystkim chyba w dwóch tekstach: przed dekadą i dwa lata temu). Stanowisko moje się nie zmieniło i tym bardziej cieszy mnie, że wątek ten pojawił się także przy dokonanym ostatnio przeglądzie regulacji unijnych. Jednak od „pojawienia się wątku” do zmian legislacyjnych droga daleka i szczerze mówiąc wątpliwa, bo unijni biurokraci zagrożenia dla konkurencji widzą bardzo szeroko.

No dobrze, przepisy mamy, jakie mamy, znaków towarowych nie powinno się używać, a jeśli tak – to ze wskazaniem równoważności. Zakaz ten odnosi się do opisu przedmiotu zamówienia, który co do zasady jest elementem łączącym wszystkie etapy postępowania – opis, który jest elementem dokumentów zamówienia, jest potem elementem umowy. Można byłoby zatem pomyśleć, że znak towarowy nie pojawi się w umowie nigdy (lub pojawi się, ale z zastrzeżeniem równoważności).

Tymczasem jest inaczej – na etapie przetargu opis przedmiotu zamówienia może podlegać konkretyzacji. I to nie za sprawą zamawiającego (choć to on stanowi w takim przypadku spiritus movens takiego procesu, bowiem to on musi ustalić warunki zamówienia w sposób, który na to pozwala), ale w wyniku przyjęcia takich, a nie innych ofert. Jeśli zamawiający w opisie przedmiotu zamówienia wskaże cechy produktu, a jednocześnie poprosi w ofercie o wskazanie konkretnego modelu czy o złożenie jego karty katalogowej, to potem zobowiązanie wykonawcy nie odnosi się do jakiegokolwiek przedmiotu spełniającego cechy opisane w specyfikacji warunków zamówienia, ale już do tego konkretnego modelu, który wynika z oferty. Zobowiązanie konkretyzuje się i staje się elementem zawieranej w wyniku postępowania umowy (nawet jeśli nie wprost, to pośrednio).

No dobrze, a co z zamówieniem z wolnej ręki? Tam również mamy etap tworzenia dokumentów zamówienia, w tym opisu przedmiotu zamówienia, a efektem jest umowa. Brakuje po drodze oferty, ale ewentualna konkretyzacja przedmiotu zamówienia następuje w toku negocjacji. Tylko czy w tym przypadku w ogóle reguły zobowiązujące zamawiającego do unikania znaków towarowych mają sens? Czy wskazanie konkretnego towaru już w zaproszeniu do negocjacji wysłanym do wykonawcy ogranicza tutaj konkurencję? Niespecjalnie, bo przecież konkurencja jest tu ograniczona już z definicji. Niespecjalnie tym bardziej, że w toku negocjacji można ten produkt zmienić. Sytuacja zmieni się tylko wtedy, gdy to wybór produktu spowoduje zawężenie rynku do jednego wykonawcy.

Ale przecież czasami ten wybór produktu jest wręcz w ustawę wpisany. Zasady wynikające z art. 99 ust. 5–6 stają się szczególnie absurdalne wtedy, gdy zamawiający sięga po zamówienie z wolnej ręki w przypadkach opisanych w art. 214 ust. 1 pkt 7 i 8 (zwłaszcza punkt 8, gdzie przecież trzeba się powołać na brak możliwości nabywania materiałów o innych właściwościach technicznych). Zamawiający potrzebuje dokładnie tego samego, co było w zamówieniu podstawowym, a mimo wszystko teoretycznie nie może tego wskazać, albo musi stworzyć katalog równoważności. Tylko po to, aby po negocjacjach wyrzucić go do kosza jako niepotrzebny. Taki mały absurdzik.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *