Ustawodawca „od zawsze” wymaga od osób uczestniczących po stronie zamawiającego w postępowaniu o udzielenie zamówienia (i takich, które mają na to postępowanie wpływ) składania oświadczeń o braku karalności za określony katalog przestępstw oraz o braku konfliktu interesów. Dawniej jednego, teraz to są dwa odrębne oświadczenia, które powinno się składać na dwóch różnych etapach postępowania. Co dość łatwo zrozumieć, ze tym elementem postępowania powiązane są sankcje – fałszywe oświadczenie grozi odpowiedzialnością karną, a brak oświadczenia grozi dyscypliną finansów publicznych.
No i w pięknym, modelowym świecie, te obowiązki można modelowo realizować. Każdy człowiek jest na miejscu (a przynajmniej dostępny), aktywnie uczestniczy w pracach nad postępowaniem i nie ma problemu, aby przy pierwszej czynności złożył oświadczenie o niekaralności, a po zapoznaniu się z kręgiem wykonawców (ale nie później niż przed zakończeniem postępowania) złożył oświadczenie o konflikcie interesów. Jednak świat to oferuje nam sporo więcej urozmaicenia. A ponieważ ustawa od swojego modelu nie pozwala robić wyjątków, niejeden zamawiający staje między młotem a kowadłem, bez dobrego rozwiązania.
No bo przecież zdarzają się w życiu najróżniejsze sytuacje. Zacznijmy od najbardziej prozaicznej, przećwiczonej na własnym grzbiecie: poszedłem na urlop przed otwarciem ofert, wróciłem po podpisaniu umowy. Oświadczenie złożyłem po powrocie z urlopu. Oczywiście, można powiedzieć, że były co najmniej dwa rozwiązania zapewniające zgodność z przepisami. Mogłem złożyć oświadczenie na urlopie i wysłać je zamawiającemu, ale jakoś na urlopie ciężko było sobie zawracać głowę szukaniem drukarek i korespondencją (a były to czasy sprzed podpisu elektronicznego). Druga opcja też nie była najszczęśliwsza – zamawiający mógł poczekać z zawarciem umowy, aż wrócę. Nie czekał, zawarł umowę. Byłby problem, gdyby się okazało, że konflikt interesów jest, jednak prawdopodobieństwo jego wystąpienia było w tym przypadku zerowe (powtarzalne postępowania, ten sam krąg wykonawców).
Ale urlop to pikuś przy innych zdarzeniach. Komuś zdarzy się nieszczęście i wyląduje w szpitalu (albo na długim L4). Ktoś postanowi rzucić robotę i wyjechać do ciepłych krajów (albo zwyczajnie obrazi się na pracodawcę). Ktoś wreszcie opuści ziemski padół. W każdym z tych przypadków wysłanie oświadczenia lub czekanie na powrót delikwenta do pracy przestaje być rozwiązaniem. Bo kontaktu może nie być, bo czekać można długo, nie mówiąc już o tym ostatnim przypadku (ten na szczęście jest mocno oczywisty, a dyscyplina finansów publicznych przestaje być zmartwieniem takiego delikwenta). Choć zatem ustawodawca chce, aby oświadczenia były dwa i od każdego, w życiu może się zdarzyć, że kompletu nie będzie.
Co wówczas? Cóż, skoro ustawodawca nie przewidział alternatywy, pozostaje wybierać mniejsze zło. Czyli w moim odczuciu – wskazać w protokole postępowania uczciwie, że oświadczenia brakuje, i opisać powody, które przeszkodziły w jego złożeniu. A jednocześnie potraktować brakującego delikwenta jak kogoś, kto złożył oświadczenie o wyłączeniu – czyli formalnie wyłączyć go z prac po stronie zamawiającego oraz zbadać czynności dokonane z jego udziałem (cóż, ich powtarzanie w wielu przypadkach jest kolejnym nieosiągalnym ideałem). A gdyby wrócił, gdyby się udało go jakoś złapać – wtedy i tak o oświadczenie poprosić i dołączyć do dokumentów zamówienia, w imię zachowania jak najwyższej staranności.
Lepszego rozwiązania nie widzę. Bo raczej nie jest lepszym udawanie, że nic się nie stało i czekanie, że może oświadczenie się uzupełni później (bo to później może po prostu nie nastąpić). Tym bardzie nie jest lepszym podrabianie oświadczeń – dobrymi chęciami piekło wybrukowane, a za jeden sfałszowany podpis można drogo zapłacić.