Gdy zaczynałem swoją przygodę z zamówieniami publicznymi, jeszcze w poprzednim tysiącleciu, dostałem pierwszego dnia dwie rady od starszych kolegów z zespołu, w którym miałem pracować. Po pierwsze, abym nie przyzwyczajał się do kwot, którymi na przetargach człowiek poniekąd obraca (bo przecież zarabia wielokrotnie mniej), a po drugie, abym unikał pokus, a jeśli już jakiejś ulegnę – aby była warta ryzyka z tym związanego. Dotyczyły one dwóch bolesnych spraw: nieproporcjonalności zarobków w zamówieniach w stosunku do odpowiedzialności oraz korupcji.
Niestety, zamówienia publiczne bardzo często kojarzą się z korupcją. To efekt dekad codziennego życia, w którym łapówkarstwo był na porządku dziennym. W zakupach pieniądze były większe, a więc i okazji oraz pokus znacznie więcej. Mam jednak wrażenie, że to bolesne skojarzenie ma coraz mniejszą moc, występuje w coraz mniejszym natężeniu. Sam w swojej karierze pokus, przed którymi koledzy mnie przestrzegali, uniknąłem (tylko raz miałem podejrzenie w tym kierunku – gdy jeden z wykonawców uczestniczących w „moich” przetargach zaproponował prace mojej żonie – ale nigdy nie miałem pewności, czy to było związane z moją pracą i czy ów człowiek w ogóle wiedział, że jesteśmy małżeństwem). Elektronizacja zamówień publicznych tym bardziej je ograniczyła, przynajmniej w tym najbardziej ordynarnym zakresie, na etapie przyjmowania i badania ofert (choć przecież nie wyeliminowała, a wciąż poletko pozostaje chociażby na etapie przygotowania postępowania, kształtowania warunków i opisu przedmiotu zamówienia).
Nie muszę chyba pisać tutaj, czym grozi uleganie tym pokusom. Ale warto pamiętać o tym, że podobne konsekwencje, także zapisane w kodeksie karnym, grożą tam, gdzie korupcji nie ma. Gdzie pokusa czasami wynika nawet z dobrych chęci. No bo chodzi o to, żeby wygrał wykonawca, o którym zamawiający wie, że dobrze wykona zamówienie. No bo chodzi o to, żeby zamówienia nie unieważniać, ale doprowadzić do pozytywnego zakończenia. To wpływa zarówno na próby ustawiania przetargów pod „znanych i lubianych”, jak i na przymykanie oka na problemy w ofertach i nierówne traktowanie takich samych sytuacji w zależności od kontekstu. Co najgorsze, od tego typu pokus nie jest wolny chyba żaden pracownik zamawiającego, a dopóki nie ma poczucia złego postępku, skłonność do ulegania im jest większa.
Ale przecież trzeba pamiętać, że nawet jeśli stoją za tym dobre intencje, nawet jeśli działa się dla dobra zamawiającego – to ryzyko jest przecież niemal takie samo jak w przypadku, gdy pracownik zamawiającego pospolicie się sprzedaje. Więc czy naprawdę warto?
Ps. Pierwszy powakacyjny temat odrobinę ponury, ale to efekt jednego z pierwszych powakacyjnych problemów, z którymi odezwał się telefon.