Potrafię sobie wyobrazić zakupy publiczne realizowane bez specjalnego udziału człowieka, przez sztuczną inteligencję analizującą oferty otrzymane od innych sztucznych inteligencji. Tyle że zamiast ustawy będzie dla sztucznej inteligencji działającej po stronie zamawiającego duży prompt. Czy tak faktycznie będzie? Nie mam zielonego pojęcia. Jeśli tak, to nie szybko. Nie wiem, też, czy załatwi za człowieka wszystko. Liczę na to, że nie, a w całości wciąż będzie jakaś ludzka ręka, która będzie choćby zadawać AI zapotrzebowanie i ograniczenia.
Nie będę udawał – dotąd nie miałem ze sztuczną inteligencją niemal do czynienia. Kilka skromnych, raczej trywialnych prób i walka z przyciskiem Copilota na klawiaturze nowego laptopa (dla wyjaśnienia: żeby z powrotem był przyciskiem Ctrl). Cóż, należę do pokolenia „silversów” – jedno z pojęć, którego znajomość jest efektem dwóch dni spędzonych ostatnio w w bliskim towarzystwie AI. Te dwa dni wykorzystałem też m.in. na przeprowadzenie kilku bardziej zaawansowanych testów na AI związanych z zamówieniami publicznymi. I dały one wyniki delikatnie mówiąc niezadowalające. Ale z góry uprzedzam – omówione tu przykłady nie dotyczyły tematów łatwych i oczywistych, bo przecież jeśli AI ma być dla mnie wsparciem, to przede wszystkim tam, gdzie sam mam wątpliwości. Testów przeprowadziłem kilka (na łatwiejszych tematach AI dawała sobie radę, na kwestii uzupełniania dokumentów ciut mieszała, nie dostrzegając różnicy między składaniem i uzupełnianiem), ale tu przedstawię wyniki tylko dwóch najciekawszych, tych na których – jak dla mnie – poległa w 100%.
Pierwszy z nich dotyczył pewnego problemu związanego ze stosowaniem art. 51 ustawy o koncesji o umowach na roboty budowlane lub usługi. Pytanie poniekąd zerojedynkowe o interpretację przepisów zadałem trzem różnym modelom AI. Nie miały za łatwo, bo nie wiem, czy ktokolwiek u nas jakieś postępowania w oparciu o ten przepis prowadził. Próbowały przez analogię sięgać do ustawy Pzp, orzecznictwa KIO, więc już w tym zakresie ich stanowiska były obarczone sporym ryzykiem. Jednak najciekawsza była rozbieżność wyników: jeden model odpowiedział na moje pytanie: tak, możesz tak zrobić (dodał przy tym, że nie jest prawnikiem i nie ponosi odpowiedzialności za to co pisze). Drugi na dokładnie tak samo sformułowane pytanie odpowiedział: nie, nie możesz tak zrobić. Jednak gdy dopytałem się go, że przecież w art. 51 mamy fragment, który powoduje, że jego argumentacja nie do końca pasuje, zmienił zdanie i napisał: tak, faktycznie możesz, ale musisz to robić ostrożnie. Trzeci odpowiedział: nie, nie możesz tak zrobić. A gdy zadałem identyczne „dopytanie”, uparł się przy swoim. Wygląda zatem na to, że prawdziwych problemów owa AI za nas nie rozwiąże. Że wciąż trzeba będzie samemu się nad nimi pochylać.
Drugi ciekawy test polegał na tym, że wrzuciłem do AI (już jednego, wybranego modelu, w którym korzystałem z płatnej, zaawansowanej wersji) treść odwołania oraz SWZ i poprosiłem, aby zaproponował zamawiającemu, jakie powinien zająć stanowisko w odpowiedzi na odwołanie. I AI stwierdziła jednoznacznie: odwołujący ma rację, odwołanie należy uwzględnić. Ale znowu – nie zwróciła uwagi na jeden szczegół (wcale nie oczywisty) w SWZ, a także na sposób dowodzenia przez odwołującego faktów, z których wyciągał wnioski w odwołaniu. I gdy zwróciłem AI uwagę na te dwa elementy, natychmiast zmieniła zdanie, wykorzystując te dwa argumenty. Chwała jej zatem za wnioski z własnych błędów, ale znowu – bez ukierunkowania wyprowadziłaby w maliny. A z ukierunkowaniem nie wniosła specjalnej wartości dodanej.
No dobra, miała jedną zaletę. Gdy w podsumowaniu oceny sprawy zapytała o to, czy wygenerować odpowiedź na odwołanie, poprosiłem o to. I to wygenerowane stanowisko ogromnie mi się spodobało. Jasne, wymagało poprawy, ale jedna rzecz była nie do przecenienia: było zwięzłe, nieprzegadane, pozbawione pustosłowia i bezsensownych cytatów z orzeczeń oraz chwytów retorycznych mających przekonać, że ma się rację, choć racji się nie ma (i to mimo braku takich poleceń w zadanym prompcie czy ustawieniach). I być może to warto byłoby wprowadzić: nakazać pełnomocnikom przesyłanie pism utworzonych za pomocą AI (choć pieron wie, być może jakby się zadało AI, że ma być przegadane i naszpikowane cytatami, byłoby po staremu).
Ps. No dobrze, to nie jest tak, że cała ta sztuczna inteligencja jest do niczego. Przeciwnie, może być bardzo pomocna. Może znakomicie służyć do analizy danych, porównywania katalogów elektronicznych, wyszukiwania odchyleń itp. A jeśli nawet nie można wierzyć osądowi, można jej użyć jako narzędzia do wyszukiwania – no właśnie – dalszych narzędzi. Takich, których znalezienie teraz zajmuje nam sporo czasu. Czemu zatem nie wykorzystywać jej do podsumowania orzecznictwa, wyszukiwania tez na zadany temat, podrzucania sygnatur. Do podpowiedzi w burzach mózgów na temat warunków udziału czy kryteriów oceny. Przygotowania do negocjacji. Ale zawsze jako narzędzie podpowiadające pomysły, które człowiek zweryfikuje. Bo może źle ukierunkować. Bo podrzuconej przez AI tezy nie odważę użyć się w piśmie do KIO bez sprawdzenia w orzeczeniu, że faktycznie padła i że pochodzi ona ze stanowiska organu orzekającego, a nie poglądów jednej ze stron.
Pps. Przy okazji polecę Grzegorza Stoleckiego. W kwestii AI właśnie, nie zamówień publicznych :)
Cześć Grzegorz,
Zajmuję się zastosowaniami AI w zamówieniach publicznych. Bardzo interesujący artykuł i wnioski. Chętnie porozmawiałbym o tym. Daj znać czy moglibyśmy się skontaktować.