Tworząc instytucję samooczyszczenia autorzy przepisów (w gruncie rzeczy na poziomie europejskim) mieli dobre intencje. No bo czasami tak jest – wykonawca coś schrzani, ale poniesie konsekwencje, podejmie kroki naprawcze, pożegna się z winnymi, faktycznie coś poprawi. Ba, tak powinien działać każdy racjonalny wykonawca, jeśli nie chce pożegnać się z rynkiem zamówień publicznych, a trudno sobie wyobrazić podmiot, który w tym rynku uczestniczy, a następnie dobrowolnie z niego zrezygnuje na okres od roku do trzech lat (zależnie od rodzaju trupa w szafie). Problem w tym, że intencje intencjami, teoria teorią, a praktyka czasami wygląda kompletnie inaczej. I niekiedy wygląda na wcielenie w życie bardzo niemiłej prawdy, zgodnie z którą „papier wszystko przyjmie”.
Niektórzy wykonawcy wypracowali sobie metody pozwalające unikać problemów. Dotyczy to zwłaszcza grup kapitałowych, w ramach których występuje większa liczba spółek (czasami drabinka, czasami piramidka, a czasami piramida z drabinek). Oferty składane są w konsorcjach, w których podział obowiązków tworzony jest tak, aby każdy z członków nabył jak najwięcej doświadczenia na poczet wykazania spełniania warunków udziału w postępowaniu w przyszłych przetargach. Deklaruje, że jeden wykona (ten, co dotąd miał doświadczenie), drugi będzie nadzorować, doświadczenie rozmnoży się przez pączkowanie. Jeśli w którymś przypadku danej spółce przydarzy się jakieś nieszczęście, które w przyszłości skutkowałoby wykluczeniem – taki podmiot jest jak martwy konar, odcinany. Przestaje pojawiać się w przetargach, ale jego rolę przejmują inne spółki z tej samej grupy. Zmiana jest pozorna, bo w praktyce to są ci sami ludzie.
Co więcej, w wyjaśnieniach dotyczących samooczyszczenia takie odcięcie martwego konaru może być wykorzystane. Ofertę składa firma A, która deklaruje, że dokonała niezbędnego samooczyszczenia, bo zerwała współpracę z konsorcjantem czy podwykonawcą – firmą B, która doprowadziła do feralnej sytuacji. Cóż z tego, że firmy A i B mają tych samych właścicieli, tych samych członków zarządu, a zapewne przerzucenie pracowników między podmiotami jest czysto papierkową. Czy takie samooczyszczenie ma sens? Z jednej strony wygląda pięknie, bo przecież zerwanie współpracy z podmiotem winnym jest jedną z podstawowych praktyk w takiej sytuacji. Ale z drugiej – w takim przypadku jest czystą fikcją…
Zresztą, problemów z samooczyszczeniem jest więcej. Jak długo wykonawca musi drżeć o swój los w postępowaniu i tłumaczyć się z naprawienia popełnionych błędów? Kiedy kończą się okresy wynikające z art. 111 Pzp? A raczej – kiedy się zaczynają? Wykonawcy niezwykle często zasłaniają się tym, że toczą spory sądowe ze zleceniodawcami i ich wina wcale przesądzona nie jest. Zamawiający na rozstrzygnięcie takiego sporu nie może czekać i sam musi ocenić sytuację. Niemniej wykonawca żyje w sporej niepewności, bo – patrząc w orzecznictwo – jeśli spiera się ze zleceniodawcą, może być karany wykluczeniem zarówno przez rok, dwa czy trzy po problematycznym wydarzeniu, jak i przez rok, dwa czy trzy po wydaniu orzeczenia sądu czy UOKiKu w danej sprawie. W efekcie okres wykluczenia (a przynajmniej niepewności z nim związanej) może się nawet podwoić. Ba, może się okazać, że pomiędzy dwoma rocznymi/dwuletnimi/trzyletnimi okresami będzie przerwa… A tak chyba być nie powinno, bo skoro rok, to rok, a nie więcej…