Pisząc jedną z poprzednich notek (na temat bezsensu żądania, aby wykonawca złożył w ofercie zaparafowany wzór umowy) wspomniałem, że sytuacja wygląda nieco inaczej, gdy zamawiający nie sporządzi wzoru umowy, ograniczy się tylko do istotnych jej postanowień, a będzie oczekiwał od wykonawcy, aby to on przygotował projekt umowy. Taka sytuacja zdarza się najczęściej przy zamawianiu specjalistycznych usług, zwykle bankowych lub ubezpieczeniowych, w których narzucenie sztywnego wzorca umowy wykonawcom może niepotrzebnie utrudnić udział w postępowaniu lub całkowicie z niego wyeliminować (powodem może być na przykład na pozór drobny i w sumie nieistotny dla zamawiającego zapis obecny we wzorze umowy albo brak w tym wzorze zupełnie neutralnego dla zamawiającego, a niezbędnego dla wykonawcy).
Przez długi czas zamawiając usługi bankowe opisywałem w specyfikacji właśnie istotne dla mnie postanowienia umowy i prosiłem by wykonawcy złożyli w ofercie ich projekt umowy uwzględniający te postanowienia. Ich nieuwzględnienie (sprzeczność albo brak, zależnie od konkretnego przypadku) powodowały albo konieczność poprawiania omyłek (pisarskich czy „wrocławskich”), albo w skrajnym przypadku odrzucenie oferty. Źle robiłem.
Oczywiście, niekiedy projekt umowy może być dla zamawiającego jednak w takiej sytuacji w ofercie przydatny, jednak sytuacja ta będzie zdarzała się dość rzadko. Tymczasem w większości wypadków można sobie to darować. Bo tylko traci się czas na czytanie i ocenę kilku projektów umów (bo trzeba każdy przeczytać), traci się czas i energię na dokonywanie poprawek w tych umowach (jeśli to było możliwe), wreszcie w skrajnych przypadkach traci się oferty. Przy czym jestem absolutnie przekonany, że ja z tymi (na szczęście bardzo nielicznymi) wykonawcami, których oferty odrzuciłem i tak mógłbym podpisać umowę na moich warunkach, bo niezgodności w ich projekcie umowy zwykle wynikały z rozpędu, które skutkowało zwykłym przeoczeniem, i gdybym uzgadniał tekst umowy i pokazał warunki specyfikacji, umowę bym podpisał.
Moje przejrzenie na oczy miało miejsce kilka miesięcy temu, a skłoniły mnie do tego uwagi pani Andrzeli Gawrońskiej-Baran podczas seminarium wzmiankowanego w notce na temat cesji wierzytelności. Bo w zasadzie po co mi ten projekt umowy? W gruncie rzeczy samo złożenie oferty oznacza akceptację postawionych przeze mnie warunków realizacji zamówienia. Czytanie wszystkich projektów umów to w tym wypadku strata czasu. Mnie interesuje w tej sytuacji tylko jeden projekt umowy, tego wykonawcy, który złoży ofertę najkorzystniejszą. I on przyśle mi swój projekt po wyborze jego oferty. Albo będzie zgodny ze specyfikacją i z radością go podpiszę, albo będzie niezgodny: wskażę wówczas poprawki, które w 99,99% przypadków wykonawca zaakceptuje. Zdarzy się jakimś cudem ta jedna setna procentu, gdy okaże się, że wykonawca nie może uwagi zaakceptować – cóż, zabiorę wadium, wybiorę następnego. Jednak kłopot z tego powodu summa summarum będzie mniejszy od sumy kłopotów, jakie mam przy każdym postępowaniu z oceną tych projektów umów. Ba, łatwiej będzie także wykonawcom, którzy nie będą musieli do każdego przetargu przygotowywać nowego projektu, w zależności od rozmaitych przecież wymagań zamawiających, a tylko do tych, w których ich oferta będzie wybrana. Wszak przygotowanie takich projektów – jeśli robi się ich dziesiątki czy setki – to też problem.