O grze

Kilka miesięcy temu pisałem tutaj o Williamie Vickrey’u i jego „sposobie na przetarg”. Sposobie ciut innym niż ten, który na co dzień stosujemy i który wynika z ustawy Pzp, ba, być może nawet sposobie lepszym. We wstępie do tamtego tekstu wspomniałem, iż teoria Vickrey’a wynika ze spojrzenia na przetarg jak na grę – grę w warunkach asymetrii informacji. O grze wspomniałem też kilka tygodni później, komentując pojawiające się w prasie informacje o wynikach pewnego przetargu na szynobus – w którym wynik postępowania niewiele miał wspólnego z wyborem najkorzystniejszej oferty.

Ten ostatni przykład jakiś czas temu posłużył mi – bardzo owocnie – podczas szkoleń na temat kryteriów oceny ofert. Wszak chodziło o to by uczyć się na błędach poprzedników, by uświadamiać sobie zagrożenia, które trzeba omijać. I nie był to jedyny taki przykład. Bardzo często ustawienie kryteriów oceny ofert bez odpowiedniego przemyślenia powoduje, że mamy do czynienia z ruletką (w żaden sposób nie można zagwarantować, że zamawiający wybierze ofertę rzeczywiście najkorzystniejszą ekonomicznie) albo de facto kryteria są martwe. Ten drugi przypadek zachodzi wtedy, gdy wykonawca – racjonalny wykonawca – patrząc na kryteria oceny ofert skalkuluje sobie straty i zyski jakie może mu przynieść „zapunktowanie” w określonym kryterium. Na przykład: jeśli oferując przedłużoną gwarancję można zyskać 10 punktów, ale jednocześnie ta gwarancja kosztuje tyle, że na podwyższonej z tego powodu cenie traci się 20 punktów, wówczas jakąkolwiek gwarancję zaoferuje tylko wykonawca bardzo naiwny (jeśli tacy istnieją, albowiem jest to cecha, która – jeśli wykonawca się jej w szybkim czasie nie pozbędzie – eliminuje z rynku).

Przedstawiając różne przykłady wykorzystania kryteriów oceny ofert przez przemyślnych wykonawców (koronny przykład to choćby te stuletnie gwarancje, które wykonawcy potrafią oferować, jeśli nie ma określonego maksymalnego parametru do punktowania) usłyszałem raz czy dwa głosy piętnujące… właśnie wykonawców. Bo „przecież to jest nieuczciwe”. Znaczy – wykonawca, który chce wygrać przetarg i korzysta z możliwości, jakie dają mu kryteria oceny ofert to kombinator i oszust?

Cóż, zamawiacz musi zdawać sobie sprawę, że ustalając kryteria oceny ofert tak naprawdę ustala warunki tej tytułowej gry. Jej uczestnikami są wykonawcy, a grają tak, jak zamawiający im zagra. Ta gra to nie są igrzyska olimpijskie, sam udział nie przynosi chluby, liczy się tylko zwycięstwo. Czy taka gra jest „nieczysta”? Gra jest nieczysta wtedy, gdy jest niezgodna z ustalonymi warunkami. Gdy wykonawca oferuje jedno, a robi drugie. Gdy zapewnia sobie zwycięstwo poza porównaniem ofert. Ale jeśli wykonawca wykorzystuje tylko możliwości, jakie daje mu zamawiający, gdy żadnych reguł nie łamie? Można zastanawiać się nad moralną dwuznacznością takiej postawy wykonawcy, jasne. Ale czy można go za to ganić, skoro podstawowym celem działalności wykonawcy jest dochód? Nie wykorzystując możliwości danych przez zamawiającego skazuje się na porażkę (zawsze przecież znajdzie się inny wykonawca, który je wykorzysta), a zatem taka gra sensu nie ma, stanowi czysty koszt.

Co robić by nie mieć takich problemów? Zamiast po otwarciu ofert wyrzekać na „wykonawcę-oszusta”, należy ustalając kryteria oceny ofert poważnie nad nimi się zastanowić. A nie płakać potem nad rozlanym mlekiem. To „poważne zastanowienie” powinno dotyczyć przede wszystkim sformułowania ekonomicznego bilansu kryteriów, przetestowania możliwości jakie dają – i dopiero na tej podstawie ustalenia sposobu ich oceny oraz wag. Określać kryteria z głową. Tylko tyle i aż tyle :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *