Mam wrażenie, że ostatnimi czasy nasilił się proceder wymagania od wykonawców złożenia dokumentów na potwierdzenie spełniania warunków udziału w postępowaniu nie wraz z ofertą czy wnioskiem o dopuszczenie do udziału w postępowaniu (zależnie od trybu), ale już po wyborze najkorzystniejszej oferty, a przed podpisaniem umowy z wybranym wykonawcą. Od dawna miałem poczucie, że coś tu jest nie w porządku z przepisami ustawy, że nie wolno już po wyborze stawiać dodatkowych warunków podpisania umowy, których ustawa nie przewiduje. Jednak miałem wrażenie (w rozmaitych dyskusjach), że jestem w tym swoim poczuciu ciut odosobniony.
Dzisiaj, przeszukując sieć za jakimiś orzeczeniami dotyczącymi zmiany wykonawcy, znalazłem dokument, który nieco przywrócił mi wiarę w słuszność mojej postawy. Trafiłem bowiem przypadkiem na stronie UZP na informację o wyniku kontroli doraźnej, UZP/DKD/KND/68/2010, w której opisano właśnie taką sytuację. Mianowicie Zamawiający w przetargu na ochronę zażądał, by wykonawca przed podpisaniem umowy przedstawił wykaz sprzętu, którym dysponuje, wraz pozwoleniem na wykonywanie określonej działalności. Pomijam tutaj fakt, że ostatecznie zamówienia udzielono wykonawcy, który tego dodatkowego warunku nie spełniał – dla naszego problemu nie ma to znaczenia.
Konkluzje UZP w wynikach kontroli są jak najbardziej słuszne: dokonano wyboru oferty najkorzystniejszej, co można zrobić po stwierdzeniu, że wykonawca spełnia warunki udziału w postępowaniu. Stawianie dodatkowych progów po tym etapie jest już niedopuszczalne. Co więcej, weryfikacja takiego dodatkowego warunku przed podpisaniem umowy pozbawia potencjalnych konkurentów możliwości jej kontroli w drodze środków ochrony prawnej przewidzianych w Pzp. Zamawiający bronił się tam, że przedmiot zamówienia dotyczył usługi niepriorytetowej, więc zgodnie z art. 5 ust. 1 Pzp miał prawo nie domagać się dokumentów na potwierdzenie spełniania warunków udziału w postępowaniu. Ale – po pierwsze, takiego warunku nie było w części specyfikacji im poświęconej (a także w ogłoszeniu), a po drugie, skoro zamawiacz nie domaga się dokumentów, to nie domaga się ich w ogóle, a nie tylko od jednego wykonawcy.
Oczywiście, patrząc na to z nieco bardziej ludzkiej perspektywy, zamawiający chciał dobrze. Problem w tym, że próbował wykorzystać narzędzie, o którego wprowadzeniu do ustawy ostatnio się mówi (projekty Ministerstwa Gospodarki – by dopiero po wyborze najkorzystniejszej oferty weryfikować spełnienie warunków udziału w postępowaniu), ale których w ustawie nie ma. Ba, projekty na pozór bardzo korzystne, ale kryjące sporo pułapek (wbrew pozorom mogą nie służyć usprawnieniu i skróceniu procedury przetargowej). Zasada taka obowiązuje w ustawie o koncesji na roboty budowlane lub usługi (pisałem o tym już tu dwa razy, tu i tu), ale w Pzp póki co jej nie ma.
Warto zwrócić uwagę, że chyba częściej zdarzają się przypadki, w których zamawiacz domaga się na etapie podpisywania umowy dodatkowych dokumentów, do których żądania w ogóle nie uprawnia go odpowiednie rozporządzenie o dokumentach. Np. uprawnień budowlanych, które z rozporządzenia wykreślono już jakiś czas temu, a pozostawiono badanie dysponowania nimi tylko na podstawie składanego przez wykonawcę wykazu osób. I ta praktyka mi się nie podoba, bo choć z jednej strony dotyczy zwykle warunku sprecyzowanego w siwz (tylko zamawiacz nie ufając wykazowi osób chce sprawdzić papiery na własne oczy), to prowadzi do omijania zakresu dokumentów, jakich prawo ma wymagać zamawiający. Widzę tu wyjątek tylko wtedy, gdy papier taki zamawiacz ma złożyć w określonym organie. Ale niekiedy wymagania wykraczają poza te obiektywne potrzeby…
no cóż.dziś wałkowałam ten temat i kiedy wpisałam w googlach tą frazę wyszło mi tylko Pana wpis i wyrok.
przeczytałam go i uważam że to się nie ma nijak do problemu tego ogółem.
cytat:
Warto zwrócić uwagę, że chyba częściej zdarzają się przypadki, w których zamawiacz domaga się na etapie podpisywania umowy dodatkowych dokumentów, do których żądania w ogóle nie uprawnia go odpowiednie rozporządzenie o dokumentach. Np. uprawnień budowlanych, które z rozporządzenia wykreślono już jakiś czas temu, a pozostawiono badanie dysponowania nimi tylko na podstawie składanego przez wykonawcę wykazu osób. I ta praktyka mi się nie podoba, bo choć z jednej strony dotyczy zwykle warunku sprecyzowanego w siwz (tylko zamawiacz nie ufając wykazowi osób chce sprawdzić papiery na własne oczy), to prowadzi do omijania zakresu dokumentów, jakich prawo ma wymagać zamawiający. Widzę tu wyjątek tylko wtedy, gdy papier taki zamawiacz ma złożyć w określonym organie. Ale niekiedy wymagania wykraczają poza te obiektywne potrzeby…
nie zgadzam się z Panem że to nie ma sensu.w umowie zaznaczam ,że chcę by Wykonawca się ubezpieczył dodatkowo i chcę to ubezpieczenie zobaczyć czyli zabezpieczam swój przedmiot zamówienia.żądam umowy regulującej współpracę wspólników, żądam okazania dokumentów o przygotowaniu zawodowym bo mi Wykonawca oświadcza ,że takowe ma.
czy nie mam prawa żądać?proszę mi udowodnić dlaczego nie mogę żądać skoro chcę by Wykonawca mi rzetelnie wykonał robotę.on na etapie składania oferty tylko mi oświadcza……
Oj, widzę tu dwie różne sprawy. Jedna sprawa to kwestia dokumentów związanych z realizacją umowy, jak wspomniane przez Panią polisa ubezpieczenia kontraktowego, umowa konsorcjum czy – choćby – zabezpieczenie należytego wykonania umowy. Takich papierów mój tekst w ogóle nie dotyczył, czemu miałem nadzieję dać wystarczający wyraz już w pierwszym zdaniu notki – gdzie podkreśliłem, iż chodzi o dokumenty na potwierdzenie spełniania warunków udziału w postępowaniu. Wyżej wymienione przykłady zaś dotyczą czego innego. I wymagać ich – jeśli to ma tylko związek z realizacją umowy – jak najbardziej można.
Druga sprawa to badanie kwalifikacji wykonawcy do wykonania zamówienia (np. dokumentów o przygotowaniu zawodowym). Zdaję sobie sprawę, że prezentowane przeze mnie stanowisko nie musi być w tym zakresie jedynym słusznym (ba, już w pierwszym akapicie dałem wyraz przekonaniu, że idę tu nieco „pod prąd”), ale mimo wszystko trudno mi się pogodzić z wykraczaniem poza ramy wyznaczone przez ustawodawcę. Wszak ten (słusznie czy niesłusznie) wyraźnie określił, w jakim zakresie, kiedy i na jakiej podstawie można to robić. Tymczasem codzienna praktyka bywa inna – i jeśli ktoś robi to kiedy indziej albo żąda więcej – formalnie przepisy ustawy przekracza. Inna sprawa to znikoma „szkodliwość” tego typu postępowania, bo jeśli ktoś stawia warunek posiadania odpowiednich uprawnień, a wykonawca oświadcza, że je ma – to potwierdzenie tego faktu powinno być tylko formalnością, a niewiele ma cech dodatkowej, niedozwolonej kłody rzucanej pod nogi wykonawcom :)
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz…