O dwóch dniach roboczych

Jedną z niespodzianek, jakie przyniosła nam ze sobą nowa ustawa Pzp, jest reguła opisana w jej art. 8 ust. 4: każdy termin wynoszący co najmniej dwa dni musi obejmować co najmniej dwa dni robocze (rozumiane jako dni bez świąt, niedziel i sobót). W zasadzie krok w dobrą stronę. Nierzadko zdarza się, że zamawiający postanowi odpowiedzieć na pytania w piątek, a otwierać oferty w poniedziałek. Albo poprosić o dokumenty tuż przed długim weekendem z terminem złożenia tuż po. Nie mówiąc o rozstrzyganiu przetargów dzień przed wigilią. Pewnie każdy z wykonawców niejedną taką historię mógłby opowiedzieć.

A więc sama idea poniekąd słuszna. Niech zamawiający da przynajmniej szansę wykonawcy na realizację swoich żądań albo na złożenie odwołania. Niech terminy nie będą fikcyjne. Jak to będzie w praktyce działać? Cóż, zamawiający ogłaszając wyniki przetargu 30 kwietnia lub 24 grudnia będzie musiał liczyć się z tym, że w pięciodniowy termin na złożenie odwołania się przedłuży, jeśli święta ułożą się tak, że trudno będzie wygospodarować czas. Odpowiadając na pytania w przetargu krajowym w piątek będzie musiał dać czas wykonawcom na złożenie oferty co najmniej do środy.
Czytaj dalej

O powiadamianiu wykonawców o przetargu

Miałem w kolejce temat dotyczący art. 268 ust. 1 nowej ustawy Pzp. Ale ponieważ art. 268 według wszelkich znaków na niebie i ziemi zapewne nam się w stosowaniu nie zmaterializuje (choć zapewne przekonamy się o tym w ostatniej chwili), napiszę o czymś, co w przepisie tym (niezależnie od samej idei zamówień bagatelnych) mi się podobało i co można robić w każdym innym postępowaniu. A warto. Chodzi mianowicie o powiadamianie wykonawców o wszczęciu postępowania, czyli po ludzku – o bezpośrednie zapraszanie do złożenia oferty (lub wniosku).

Możliwość taka pojawiła się w ustawie z początkiem 2010 – może i słusznie, bo wcześniej pojawiały się wątpliwości, czy taka praktyka nie stanowi przypadkiem naruszenia zasady równego traktowania wykonawców (wszak człowiek nie jest w stanie z góry ustalić każdego, kto mógłby być zainteresowany, i powiadomić wszystkich). Początkowo był to art. 40 ust. 5a, a od 2016 art. 11b ust. 2. Będzie też w nowej ustawie, nawet w dwóch miejscach: dla zamówień unijnych w art. 130 ust. 3, a dla krajowych w art. 276 ust. 2. Wspomniany na wstępie art. 268 ust. 1 miał stanowić krok dalej: w zamówieniach bagatelnych przewidywał obowiązek równoczesnego ogłoszenia postępowania i powiadomienia wykonawców.
Czytaj dalej

O minimalnym terminie składania ofert wstępnych

Powoli gromadzą się już tematy dotyczące nowej ustawy, ale w natłoku codziennych obowiązków trafił się temat dotyczący starej, który już za kilka tygodni ma szansę się zdezaktualizować. A ponieważ to ewidentny babol, zamiast dać się zapomnieć, wepchnął się na czoło kolejki. A chodzi o termin składania ofert wstępnych, które pojawiają się w trybie negocjacji z ogłoszeniem w postępowaniach poniżej progów unijnych. Bo termin ten wynosi 30 dni – nie ma tu zróżnicowania na postępowania powyżej i poniżej progów unijnych, zawsze jest identyczny (no, jest parę wyjątków, o czym dalej). W praktyce postępowań krajowych to najdłuższy możliwy termin, jaki ustawa przewiduje. W każdym innym trybie terminy są krótsze, a przecież w nich mowa o ofertach ostatecznych…

Cóż, wygląda na to, że to efekt niedopatrzenia. Oferty wstępne pojawiły się w ustawie w 2006. Wraz z nimi pojawił się nowy art. 57 ust. 6 Pzp, zgodnie z którym termin składania tych ofert wynosił 10 dni. Także bez zróżnicowania na postępowania krajowe i unijne, ale w przypadku 10 dni było to poniekąd zrozumiałe. Analogicznie zresztą było z terminem składania ofert ostatecznych. Problem zaczął się wraz z dużą nowelizacją z 2016, którą dostosowano nasze przepisy do nowych dyrektyw. I w tym momencie po prostu liczbę 10 zmieniono na liczbę 30. Nie zastanawiając się nad tym, że przecież termin ten nie odnosił się tylko do przetargów unijnych, ale także do tych o znacznie mniejszej wartości, krajowych. A 30 dni z dyrektywy dotyczyło tylko postępowań unijnych.
Czytaj dalej

Znowu (i mam nadzieję, że ostatni raz) o tablicy ogłoszeń

Dziś będzie krótko. Dopadła mnie złośliwość przedmiotów martwych, która wycięła z życiorysu przynajmniej pół dnia. A akurat te pół dnia zamierzałem przeznaczyć m.in. na „szpony” :) Nie jest jednak tak, że temat będzie zastępczy – przeciwnie, będzie o czymś, co rzuciło mi się w oczy w dniu owej katastroficznej złośliwości i do opisania czego odczuwam ogromny przymus wewnętrzny. Chodzi o drobiazg (a właściwie pierdołę, bo słowo „drobiazg” nadaje temu zagadnieniu jednak zbyt wiele godności), który wszystkim zamawiającym utrudniał życie, żadnemu wykonawcy niczego nie ułatwiał i pokutował w ustawie od lat. Czyli o obowiązek wywieszenia ogłoszenia o zamówieniu na tablicy ogłoszeń w siedzibie zamawiającego.

O tym, dlaczego taki obowiązek jest bez sensu, pisać wiele chyba nie muszę. Odkąd ogłoszenia o zamówieniach publikowane są w Internecie (i to w dwóch określonych miejscach), każdy rozsądny wykonawca czerpie informację o ogłoszeniu przetargu właśnie stamtąd. Oczywiście, nie jesteśmy społeczeństwem scyfryzowanym w stu procentach, ale nie pomylę się chyba specjalnie, jeśli stwierdzę, że grupa potencjalnych wykonawców, osób i podmiotów zainteresowanych pozyskaniem zamówień publicznych, wyróżnia się pod tym względem na plus i tutaj owo 100% jest realne. Normą w zamówieniach jest komunikacja elektroniczna (tak, widzę gdzieniegdzie jeszcze faksy, ale poza jednym przypadkiem sprzed dobrych dwóch lat miesięcy, wina leży po stronie zamawiających), powyżej progów unijnych mamy obowiązkowe oferty elektroniczne, a w przypadku przetargów krajowych będą już niedługo. Paradoksalnie zresztą, postępowania unijne są w Internecie z obowiązku, postępowania poniżej 30 000 euro bardzo często z wygody, a w zakresie postępowań ustawowych krajowych chyba wszyscy czekają na moment, gdy wreszcie papier odejdzie do lamusa. A raczej czekaliby bez żadnych wątpliwości, gdyby nie inny bezsensowny wymóg – stosowania do składania ofert podpisu kwalifikowanego.
Czytaj dalej

O kryteriach oceny ofert przy umowie ramowej

Umowa ramowa to jeden z fajniejszych sposobów udzielania zamówień. Oczywiście nie w każdym przypadku, ale gdy mamy do czynienia z zakupami, które się powtarzają przez dłuższy czas, a trudno określić ich konkretny zakres – bywają naprawdę przydatne. Zwłaszcza gdy po określeniu konkretnych potrzeb jest niewiele czasu na realizację: czas traci się głównie na początku, przy postępowaniu w celu zawarcia umowy ramowej, natomiast poszczególne zamówienia cząstkowe udziela się szybko i sprawnie.

Jednym z elementów charakterystycznych takich postępowań jest podwójna ocena ofert: raz w tym pierwszym, „dużym” postępowaniu, gdy wykonawcy są kwalifikowani do zawarcia umów ramowych (a pamiętajmy, że liczba takich wykonawców powinna być ograniczona), drugi raz w poszczególnych postępowaniach cząstkowych, przy konkretnych zakupach. Swego czasu w ustawie obowiązywała zasada, że cena zaoferowana w ofercie na zamówienie jednostkowe nie może być gorsza od ceny zaoferowanej w „dużym” postępowaniu. Dziś w ustawie tego nie ma, ale zamawiający zwykle taką zasadę wprowadzają – przecież jeśli nie będzie takiego ograniczenia, to ocena ofert w „dużym” postępowaniu będzie absolutną fikcją (nie tylko zresztą w odniesieniu do ceny, ale także innych kryteriów z tego postępowania).
Czytaj dalej

O ofertach składanych po terminie

Drugą „luką” miniportalu wskazaną w tekście przywołanym przeze mnie przed tygodniem jest możliwość złożenia oferty, mimo że upłynął oznaczony tam termin składania ofert. „Luka”, bo to błąd systemu i ten ofert przyjąć nie powinien. Tymczasem ten konkretny przypadek to znakomity przykład na to, aby pewnym systemom zbyt wiele decyzji nie pozostawiać: możliwość złożenia oferty po terminie okazała się zbawienna dla zamawiającego, który przez pomyłkę ustawił termin składania ofert w miniportalu na datę wcześniejszą niż w siwz i ogłoszeniu o zamówieniu. System nie zablokował ofert, zamawiający mógł je otworzyć (w terminie wskazanym w siwz) i przetarg mógł trwać całkiem normalnie. Gdyby system zablokował… cóż, mielibyśmy unieważnienie, kilka miesięcy w plecy i sporo zmarnowanego wysiłku po obu stronach.

Szczerze mówiąc, tego typu działania, które coś z automatu uniemożliwiają, są wyjątkowo niebezpieczne i powinny być stosowane w wyjątkowych sytuacjach. Jeśli w opisywanym przypadku system by uznał, że termin minął i złożenie oferty jest niedopuszczalne – cóż, może wykonawca zadzwoniłby do zamawiającego i ten spróbowałby system ogarnąć (choć nie wiem, czy miniportal dopuściłby przedłużenie terminu po jego upływie), ale zanim to zrobi, termin faktycznie może upłynąć i wykonawca będzie bez szans na wygranie przetargu. Owszem, może iść do KIO, żądać unieważnienia postępowania, i może wygra (choć to wcale nie takie pewne, skoro to on ma udowodnić, że system nie działał, a nie zamawiający, że działał – wszystko więc zależy od postawy zamawiającego), ale nawet jeśli wygra, to zyska tylko unieważnienie postępowania. Czy złożenie oferty po terminie stanowi tak naprawdę jakiś problem, z którym zamawiający sobie nie poradzi? Oczywiście, że nie, a zarówno obecna, jak i przyszła ustawa Pzp na to pozwalają.
Czytaj dalej

O „luce” w miniportalu

We wtorek w „Gazecie Prawnej” pojawił się tekst o „luce” w miniportalu. Mianowicie zamawiający przedłużył termin składania ofert zmieniając zapisy siwz, publikując sprostowanie ogłoszenia o zamówieniu, ale zapomniał zmienić terminu w miniportalu. W praktyce oznacza to, że przed upływem terminu oznaczonego w siwz był w stanie otworzyć oferty – bo dostęp w miniportalu do ofert odblokowuje się po upływie terminu w nim zapisanego. Czemu jednak nazwano to „luką” właśnie? Czemu napisano o „ewidentnym błędzie systemu”? Miniportal nie jest narzędziem wydajnym, wygodnym ani niezawodnym. Jednak w tym przypadku nie możemy mówić o błędzie oprogramowania ani o luce w systemie, ale po prostu o ludzkim błędzie po stronie zamawiającego, na co słusznie zwrócił uwagę w artykule rzecznik prasowy UZP. Miniportal przecież nie ma szans znać innego terminu otwarcia ofert niż ten, który podał mu zamawiający. Nie ma tu „luki” do zlikwidowania…

Oczywiście, być może kiedyś, w jakimś idealnym świecie, doczekamy się platformy zamówieniowej zintegrowanej z Dziennikiem Urzędowym UE. Problem tylko w tym, że takie rozwiązanie w chwili obecnej byłoby niebezpieczne (skoro nie da się przesłać ogłoszenia do DUUE za pośrednictwem platformy i co najwyżej to platforma miałaby pobierać termin z DUUE). Ogłoszenia w DUUE nie publikują się automatycznie. Po przesłaniu zamawiający czeka kilka dni, aż treść pojawi się w portalu (o ile się pojawi – o czym niżej). Przy zmianie treści siwz skutkującej zmianą ogłoszenia jest inaczej niż przy wysłaniu pierwotnego ogłoszenia o zamówieniu – zamawiający nie czeka z publikacją informacji o zmianie siwz do momentu publikacji sprostowania ogłoszenia. Przeciwnie, podstawowym źródłem informacji o postępowaniu jest już w tym momencie właśnie strona zamawiającego. I zdarza się czasami, że zamawiający postanowi zmienić siwz i ogłoszenie na tyle krótko przed upływem pierwotnego terminu składania ofert, że sprostowanie ogłoszenia w DUUE nie ukaże się przed pierwotnym terminem. Gdyby więc w jakiś sposób połączyć systemy, doszłoby w tej sytuacji do komplikacji – termin jeszcze nie upłynął, ale platforma zamówieniowa potraktowałaby go jako zamknięty…
Czytaj dalej

O formie wniosków o wyjaśnienie siwz

Wątek odpowiadania na pytania pojawiał się w „szponach” już wielokrotnie, ale chyba nigdy jeszcze w kontekście formy tych pytań. A że temat może być aktualny uświadomił mi post na forum actuariusowym, którego autor miał problem z postępowaniem w formie już elektronicznej: mianowicie pytania wpłynęły do niego mailem zamiast za pośrednictwem platformy zakupowej, której wykonawca teoretycznie powinien użyć. Pojawiły się aż trzy opcje odpowiedzi: odpowiedzieć na pytania, napisać maila do wykonawcy, że powinien pytania zadać na platformie oraz nie robić nic.

Hmm. Szczerze mówiąc nie wiem od czego zacząć. Chyba od samego sensu i celu postępowania o zamówienie publiczne. Sensem i celem tym jest realizacja jakiejś publicznej potrzeby w sposób jak najbardziej korzystny dla społeczeństwa. Konkurencyjność nie jest celem samym w sobie, a niezbędnym elementem, który pomaga taki cel osiągnąć (ten kawałek z „najbardziej korzystnym”). Oczywiście, przepisy rzucają nam trochę kłód pod nogi przy realizacji takiego celu, bo nieraz chciałoby się zrobić coś, co ma sens, ale czego robić nie wolno (zwłaszcza – negocjować z wykonawcą jego ofertę), ale w innych sytuacjach pozwalają na nieco elastyczności.
Czytaj dalej

O terminie składania ofert

Dziś temat, który częściowo szczęśliwie ma szansę zdezaktualizować się w dającym się przewidzieć czasie. No, przynajmniej częściowo. A chodzi o wyznaczanie terminu składania ofert. Inspiracją był post desmonda z forum actuariusowego, choć wątek zmieniania warunków przetargu tuż przed terminem złożenia ofert już się i w „szponach” pojawił, a i godzina na swoją kolej czekała.

Konieczność składania papierowych ofert (nie tylko w postępowaniach ustawowych, wciąż wielu zamawiaczy kultywuje taki zwyczaj w postępowaniach, w których żaden przepis nie zobowiązuje ich do takich wymogów) to praktyczny problem dla wykonawcy chcącego uczestniczyć w przetargu. Nie dość, że trzeba drukować i podpisywać (czyli w jednym miejscu skojarzyć wydrukowany papier i człowieka, który jest umocowany do jego podpisania), to na dodatek trzeba to jeszcze fizycznie dostarczyć zamawiającemu. A gdy nie da się czegoś przesłać przez Internet, tylko musi pojawić się u adresata materialnie, to czas takiego dostarczania oczywiście znakomicie się wydłuża, a na dodatek zaczyna się różnić.
Czytaj dalej

O skanie podpisanego dokumentu

Gdy zaczynałem swoją znajomość z zamówieniami, o komunikacji elektronicznej nikt jeszcze w zasadzie nie śnił. Owszem, ludzie w pracy komputery mieli, ale nie wszyscy, a żeby wiadomość e-mail mogła być traktowana poważnie – co to, to nie. Każdy dokument musiał być złożony w papierku, z podpisem, a jeśli kopia to tylko potwierdzona za zgodność z oryginałem przez notariusza. Ileż to ofert zostało odrzuconych tylko dlatego, że wykonawca pomyślał sobie, że podpis radcy prawnego pod takim poświadczeniem wystarczy…

Z czasem to się zmieniało. Pierwszą sferą, w której e-mail znalazł jakieś szersze uznanie, były chyba prośby o wyjaśnienie treści siwz. Później szło powoli to do przodu i dziś doszliśmy do czasu, gdy teoretycznie postępowanie mogłoby się obejść bez papieru. Jedna jednak rzecz pozostała niezmieniona – podpis wykonawcy, podpis jest święty. Jeśli papier, to zamawiający badają, czy na pewno podpis oryginalny (czasami łącznie z macaniem odwrotu kartki). Zastanawiają się, czy parafka wystarczy. Jeśli dokument elektroniczny – ustawodawca stwierdził, że trzeba wymagać, aby oferta była podpisana podpisem kwalifikowanym, a także aby wszelkie dokumenty w formie kopii takim podpisem były potwierdzone. Nieliczne są sfery, w których świętość podpisów została już pogrzebana – prośby o wyjaśnienie treści siwz, dokumenty zamawiającego, niewiele poza tym.
Czytaj dalej