O wpływie ppp na dług publiczny

W którymś z internetowym serwisów przeczytałem ostatnio o nowym rozporządzeniu ministra finansów w sprawie klasyfikacji tytułów dłużnych – tekst napisany w tonie sensacji, jednak w gruncie rzeczy sensacji żadnej w porównaniu z analogicznym rozporządzeniem wydanym rok wcześniej jakoś nie ma co szukać. Ale rok temu istotnie, minister zdrowo namieszał. W gruncie rzeczy to wówczas powinna powstać notka na ten temat, zwłaszcza że dość mocno mnie wówczas interesował. Minister wydając nowe rozporządzenie dostarczył jednak pretekstu, aby do niego wrócić.

Chodzi o rozporządzenie ministra finansów z 23 grudnia 2010 r. w sprawie szczegółowego sposobu klasyfikacji tytułów dłużnych zaliczanych do państwowego długu publicznego, w tym do długu Skarbu Państwa wydane na podstawie art. 72 ust. 2 ustawy o finansach publicznych (i identycznie zatytułowane rozporządzenie z 29 grudnia 2011 r.). Ustawa nakazała ministrowi określić w szczególności rodzaje zobowiązań zaliczanych do tytułów dłużnych wymienionych w ustawie, a zaliczanych do długu publicznego. Przy czym sama ustawa zawiera katalog takich tytułów:
– wyemitowane papiery wartościowe opiewające na wierzytelności pieniężne;
– zaciągnięte kredyty i pożyczki;
– przyjęte depozyty;
– wymagalne zobowiązania wynikające z odrębnych ustaw oraz prawomocnych orzeczeń sądów lub ostatecznych decyzji administracyjnych,
– wymagalne zobowiązania uznane za bezsporne przez właściwą jednostkę sektora finansów publicznych będącą dłużnikiem.
Czytaj dalej

Ograniczenie liczby wykonawców zapraszanych do składania ofert

Kilkakrotnie już spotkałem się z wątpliwościami wyrażanymi przez niektórych z użytkowników Pzp dotyczącymi sensu tworzenia w trybach dwustopniowych rankingu wykonawców. Dlaczego człowiek może zaprosić do kolejnego etapu postępowania tylko 20 wykonawców, skoro wszystkich, którzy się pojawią? Nawet jak będzie ich więcej? Inni z kolei użytkownicy ustawy cieszą się: już na początku mają szansę odsiać najmniejszych czy najmniej doświadczonych graczy (oczywiście, jeśli w ogóle jakiś odsiew nastąpi, gwarancji nigdy nie ma, bo równie dobrze może się pojawić tylko jeden wniosek od mało doświadczonego i małego gracza), a na dodatek jest mniej pracy ze sprawdzaniem ofert.

O co tak naprawdę tutaj chodzi? Ograniczenie liczby wykonawców uczestniczących w postępowaniu zdaje się mieć jeden podstawowy cel: oznacza zmniejszenie konkurencji. Zmniejszenie konkurencji oznacza zwiększenie szans poszczególnych wykonawców na uzyskanie zamówienia. Większe szanse z kolei oznaczają większe zaangażowanie się w postępowanie, przygotowanie oferty itd. Wszak gdy w postępowaniu uczestniczy 40 wykonawców statystyczne szanse na zwycięstwo to tylko 2,5%; gdy jest tylko pięciu wykonawców – 20%. Zasada jest zrozumiała. Udział w postępowaniu wiąże się dla uczestnika takiego postępowania z kosztami, w przypadku zamówień bardziej skomplikowanych czy długotrwałych niejednokrotnie bardzo wysokimi (rzędu nawet setek tysięcy złotych). Im większe ryzyko tym mniejsza chęć ponoszenia tych kosztów. I wszystko byłoby pięknie gdyby nie jeden niezrozumiały wyjątek od tej zasady.
Czytaj dalej

Okres obowiązywania umowy koncesji

Art. 24 ustawy o koncesji na roboty budowlane lub usługi od początku (tj od momentu gdy dotarł do mnie pierwszy projekt do pastwienia się nad nim) był tym przepisem tej ustawy, który najmniej mi się podobał. Nie podobały mi się szczegółowe rozwiązania tam przyjęte, moim zdaniem niedopracowane, nie dostrzegałem też głębszego sensu we wprowadzaniu do ustawy podobnego ograniczenia. A przypomnijmy, przepis ten stanowi, iż okres, na który umowa koncesji może być zawarta nie powinien przekroczyć 30 lat (w przypadku usług – 15), chyba że przewidziany okres zwrotu nakładów koncejsonariusza poniesionych w związku z wykonywaniem koncesji jest dłuższy niż 30 (15) lat.

W uzasadnieniu projektu ustawy jego twórca napisał, iż źródło przepisu jest następujące: „Ze względu na to, że zawieranie umów długoterminowych niekorzystnie wpływa na zachowanie konkurencyjności, jest zasadne ograniczenie terminu na który zostaje zawarta umowa koncesji.” Dokładnie to samo zdanie znajduje się także w komentarzu A. Panasiuka do ustawy. Specjalnie mnie nie przekonuje. Warto przy tym pamiętać, że postępowanie o udzielenie koncesji jet postępowaniem konkurencyjnym, a czas trwania koncesji zwykle jednym z podstawowych kryteriów oceny ofert. Śladów podobnego ograniczenia w dyrektywie 2004/18/WE nie znajdziemy.
Czytaj dalej

Zamówienia publiczne udzielane przez koncesjonariuszy

Tak się ciekawie złożyło, że niemal jednocześnie z opinią Urzędu Zamówień Publicznych dotyczącą wybranych zagadnień związanych ze stosowaniem przepisów o koncesji oraz o partnerstwie publiczno-prywatnym (dostępna tutaj) ukaże się na łamach „Zamówień Publicznych. Doradcy” mój tekst na temat zamówień publicznych udzielanych przez koncesjonariuszy (w związku z art. 131 ustawy Pzp). Rzecz jasna, do lektury serdecznie zapraszam.

Pisząc swój tekst (którego pierwotna wersja powstała jeszcze w ubiegłym roku) opinii UZP rzecz jasna nie znałem (ta pokazała się na stronie Urzędu gdy numer był już w druku). Na tle innych ostatnio wydawanych opinii UZP ta zdecydowanie wyróżnia się pozytywnie, a w zakresie, w którym tematycznie opinia jest zbieżna z tematem mojego artykułu (punkt IV opinii) pojawiła się między mną a UZP pewna rozbieżność merytoryczna. Samo uzasadnienie zawarte w opinii nie przekonało mnie do zmiany zdania, choć żal, że nie mogłem wykorzystać tego wątku szerzej w swoim tekście.
Czytaj dalej

Notka edukacyjna, czyli o tym, czy użytkownik zawsze płaci

Jako że tydzień wyjątkowo zalatany, tak że nadeszła niedziela, a ja dotąd nie miałem czasu zająć się jakimś ważkim czy drażliwym problemem zamówieniowym, dzisiaj będą prawdy oczywiste. A może nie do końca oczywiste, bo inspiracją do notki jest głos w dyskusji (na forum zupełnie niezamówieniowym) na temat inwestycji drogowych w moim mieście. Dyskusję wywołał głos jednego z włodarzy tego miasta, podany w lokalnej prasie, a zawierający zapowiedź (a przynajmniej taką możliwość) realizacji chyba największej z planowanych inwestycji drogowych w trybie partnerstwa publiczno-prywatnego.

Głos ten natychmiast obudził demony, pod postacią komentatorów (a przynajmniej jednego), którzy oburzali się, że jak to, miasto ma obowiązek budować drogi, ale to oni będą musieli zapłacić za przejazd nimi. No i właśnie, będą musieli? Czy ppp automatycznie oznacza, że użytkownik musi sięgnąć do własnej kieszeni i wysupłać pięć złotych za przejazd drogą?
Czytaj dalej

A miało być tak pięknie…

Uchwalenie nowej ustawy regulującej procedurę udzielania koncesji na roboty budowlane, już ponad rok temu, miało rozwiązać wszelkie bolączki zamawiaczy związane z reżimami, jakie wcześniej nakładało na nich Prawo zamówień publicznych. W szczególności problem ze stosowaniem negocjacji z ogłoszeniem, które, w dużym skrócie, nie były dość „elastyczne”, czy problem ze stosowaniem dialogu konkurencyjnego, który z kolei był bardziej elastyczny, ale w praktyce niedopuszczalny (choć zdarzały się opinie odmienne odnośnie tej niedopuszczalności, to były tak naciągane, że zęby bolały).

I pojawiła się nowa ustawa, piękna, elastyczna :) Tryb postępowania został oderwany od trybów zamówieniowych, pozwolił na więcej elastyczności, wreszcie usunął pewne wymogi biurokratyczne, które w postępowaniach w oparciu o Pzp odrobinę uwierały. Jednym z takich wymogów był obowiązek żądania od wykonawców dokumentów na potwierdzenie warunków udziału w postępowaniu już na etapie złożenia wniosku o dopuszczenie do udziału w postępowaniu. W koncesji według obowiązującej obecnie ustawy wykonawca składa zaś z wnioskiem tylko oświadczenie o spełnianiu warunków, zaś same dokumenty musi złożyć dopiero ten wykonawca, którego oferta będzie uznana za najkorzystniejszą.
Czytaj dalej

Uszczęśliwianie koncesjonariusza na siłę

Kilka czy kilkanaście dni temu miałem okazję uczestniczyć w jednej z wielu organizowanych u nas konferencji poświęconych ppp (konferencji kupa, projektów zrealizowanych nie widać…). Powracał na niej kilka razy problem uszczęśliwiania partnera prywatnego na siłę, który sam miałem okazję zauważyć już wcześniej.

Chyba wciąż najpopularniejszym sposobem podejścia do szeroko rozumianego partnerstwa publiczno-prywatnego jest traktowanie go jako alternatywnego sposobu zdobywania finansowania inwestycji. W jakiś sposób można takie podejście usprawiedliwiać w przypadku, gdy partner prywatny musi odzyskać nakłady poniesione na budowę samemu eksploatując wybudowany obiekt i ponosząc ryzyka z tym związane (w szczególności ryzyko popytu) – podmiot publiczny może bowiem w takim wypadku rzeczywiście nie ponosić faktycznych nakładów na jego realizację. W jakiś, ale na pewno nie do końca :) Jednak przy takim spojrzeniu klasyczne partnerstwo publiczno-prywatne, w którym nie ma możliwości innego zarabiania na przedmiocie tego partnerstwa jak stała opłata od zamawiającego (np. przy budowie urzędów, szkół, czy choćby dróg, za których przejazd nie można w naszym kraju pobierać opłat – z wyłączeniem autostrad, mostów i wiaduktów), wydaje się zupełnie bezsensowne: przeciętny podmiot publiczny jest w stanie z zasady zdobyć finansowanie zewnętrzne na warunkach korzystniejszych (czytaj: tańsze) niż przeciętny podmiot komercyjny (a ten na dodatek doliczy sobie przecież do tego jeszcze swoją marżę)…
Czytaj dalej