Uszczęśliwianie koncesjonariusza na siłę

Kilka czy kilkanaście dni temu miałem okazję uczestniczyć w jednej z wielu organizowanych u nas konferencji poświęconych ppp (konferencji kupa, projektów zrealizowanych nie widać…). Powracał na niej kilka razy problem uszczęśliwiania partnera prywatnego na siłę, który sam miałem okazję zauważyć już wcześniej.

Chyba wciąż najpopularniejszym sposobem podejścia do szeroko rozumianego partnerstwa publiczno-prywatnego jest traktowanie go jako alternatywnego sposobu zdobywania finansowania inwestycji. W jakiś sposób można takie podejście usprawiedliwiać w przypadku, gdy partner prywatny musi odzyskać nakłady poniesione na budowę samemu eksploatując wybudowany obiekt i ponosząc ryzyka z tym związane (w szczególności ryzyko popytu) – podmiot publiczny może bowiem w takim wypadku rzeczywiście nie ponosić faktycznych nakładów na jego realizację. W jakiś, ale na pewno nie do końca :) Jednak przy takim spojrzeniu klasyczne partnerstwo publiczno-prywatne, w którym nie ma możliwości innego zarabiania na przedmiocie tego partnerstwa jak stała opłata od zamawiającego (np. przy budowie urzędów, szkół, czy choćby dróg, za których przejazd nie można w naszym kraju pobierać opłat – z wyłączeniem autostrad, mostów i wiaduktów), wydaje się zupełnie bezsensowne: przeciętny podmiot publiczny jest w stanie z zasady zdobyć finansowanie zewnętrzne na warunkach korzystniejszych (czytaj: tańsze) niż przeciętny podmiot komercyjny (a ten na dodatek doliczy sobie przecież do tego jeszcze swoją marżę)…

Tymczasem ppp to coś więcej niż tylko dodatkowe źródło finansowania inwestycji i takie proste obliczenie jak opisane skrótowo powyżej jest mocno mylące. Tym, co partner prywatny wnosi do wspólnego przedsięwzięcia jest nie tylko kasa, ale także i jego „know-how”. To on jest profesjonalistą w zakresie merytorycznym przedsięwzięcia (parkingów, basenów, hal sportowych…), zazwyczaj wie lepiej, jak zbudować, wie też zdecydowanie lepiej, jak zarządzać obiektem, aby zminimalizować koszty jego funkcjonowania, oraz jak wykorzystać jego zasoby aby zmaksymalizować przychody. W podmiocie publicznym, nad którym bat finansowy wisi w dużo mniejszym stopniu, z zasady nie ma impulsu, który pozwalałby zracjonalizować zarządzanie w tym zakresie. Podmiot prywatny potrafi te elementy połączyć ze sobą: z projektantem siedzi profesjonalny operator, który wie, jakie rozwiązania są najefektywniejsze, a zatem potrafi wskazać, co i jak powinno zostać zaprojektowane. Ta zasada działa zarówno w przypadku ppp opartego na opłatę za dostępność, jak i zwykłej koncesji: w jednym i drugim wypadku partner prywatny jako finansujący budowę i zarządzający obiektem (niezależnie w jakiej formie pobiera wynagrodzenie) jest zainteresowany tym, aby zracjonalizować koszty budowy i zarządzania.

Późniejsza opłata za dostępność wcale nie musi być wyższa niż koszt kredytu zaciąganego przez podmiot publiczny, gdyby ten sam chciał inwestycję realizować, też kalkulowany przez zamawiającego okres zwrotu nakładów ponoszonych na przedmiot koncesji może być krótszy. A jest spora szansa, że sam obiekt będzie realizować swoje funkcje w standardzie wyższym niż ten, do którego podmioty publiczne przyzwyczajają…

Oczywiście, forma wynagrodzenia ma tutaj znaczenie: w przypadku ppp w formule koncesji wykonawca w sporym stopniu sam musi zadbać o to, że minimalizacja kosztów nie pociągnęła za sobą niskiego standardu itp., inaczej płacący za usługę klienci do niego nie przyjdą i nie osiągnie przychodów, z których mógłby spłacić obiekt. Podobnie w przypadku gdy mamy ppp oparte o opłatę za wykorzystanie (im mniej klientów, tym mniej zamawiający płaci). W przypadku ppp opartego na opłacie o dostępność tym klientem jest sam zamawiający, a zatem te standardy powinny być w umowie partnerstwa opisane. Można je opisywać jednak w znacznie bardziej racjonalny sposób niż przedstawiając partnerowi gotowy projekt: wystarczą cele, które musi realizować i sposoby ich mierzenia (standardy czystości, jakości, awaryjności, szybkości reakcji – to wszystko można sprowadzić do finansowego wymiaru, tworząc system kar i nagród, który zapewni, że rezultat będzie zgodny z oczekiwaniami zamawiającego).

Można z dużym stopniem prawdopodobieństwa założyć, że basen zaprojektowany przez zamawiającego publicznego zwykle będzie się różnił od basenu zaprojektowanego na zamówienie podmiotu komercyjnego, z opisanych wyżej powodów. Różnił właśnie na polach racjonalności jego urządzenia i w efekcie – kosztów eksploatacji. Tymczasem ja wciąż spotykam ludzi z podmiotów publicznych (sporych naszych miast), które uważają, że fakt, iż dysponują gotowym projektem tego basenu to wielki plus całego przedsięwzięcia i oddając go koncesjonariuszowi, każąc zrealizować obiekt według tego projektu, autentycznie go uszczęśliwią – bo przecież nie będzie musiał tracić czasu i pieniędzy na sporządzenie projektu i uzyskanie stosownych pozwoleń…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *