O obowiązkowym kryterium ceny

Niedawna wymiana poglądów z Radosławem M na marginesie wpisów w szponach, dotycząca problemu ceny w barterze i ceny równej 0, przypominała mi o jednym drobiazgu, o którym nieraz już miałem na tych łamach wspomnieć, zawsze jednak gdzieś go odkładałem. Chodzi mianowicie o konsekwencje zapisów art. 2 pkt 5 Pzp i art. 91 ust. 2 Pzp. Wdrażają one w życie jedną z zasad systemu zamówieniowego, na pozór podstawową i niewzruszalną: obowiązek stosowania kryterium ceny przy wyborze oferty najkorzystniejszej. O tym, jak stosować kryterium ceny, pisałem już wielokrotnie – czy to na łamach „szponów” (np. tu czy tu), czy to w prasie zamówieniowej (np. w „Doradcy”, nr 9/2009). O tym, dlaczego kryterium ceny nie powinno się odsądzać od czci i wiary – także pisałem (np. tu).

Wymiana zdań z Radosławem M, jak też i niektóre orzeczenia KIO w zakresie cen 0 wskazały, że niekiedy cena bywa traktowana okropnie wąsko i dogmatycznie. Ma być jednostka pieniężna, powinien więc być przynajmniej 1 gr. Takie podejście oprócz tego, że nie ma podstaw w ustawie, prowadzi też do problemów w praktyce – eliminuje oferty, które mogłyby być korzystne, a nie zawierają rażąco niskiej ceny czy w inny sposób nie zagrażają zdrowej konkurencji (pomijam tu kwiatki w postaci wykonawców gotowych zapewne nawet i dopłacać WORDom do oferowanych samochodów, zarabiających potem krocie na sprzedaży pojazdów tej samej marki ośrodkom szkoleniowym – to jest jednak bolączka systemu w zupełnie innym miejscu).

Ba, zdarzały się wątpliwości w sytuacjach jeszcze bardziej prozaicznych. Prowadząc postępowanie na kredyt bankowy, w którym jedynym czynnikiem cenotwórczym różnicującym oferty była marża banku wyrażona w punktach procentowych powyżej określonej stopy procentowej wybierałem najkorzystniejszą ofertę wyłącznie w oparciu o taką marżę. Wyrażoną właśnie w punktach procentowych, a nie w „jednostkach pieniężnych”. Bo przeliczać punktów na jednostki nie było potrzeby, a po co tworzyć sztuczne byty i mnożyć niepotrzebny wysiłek?

Wszystkie te dyskusje można byłoby uciąć w zarodku (po co bowiem marnować na nie czas), gdyby polski ustawodawca skorzystał z pewnego dobrodziejstwa, jakie daje dyrektywa 2004/18/WE. Mianowicie w dyrektywie kryterium ceny nie jest kryterium obowiązkowym. Zgodnie z art. 53 tejże dyrektywy, kryteriami udzielania zamówień są bądź to najniższa cena, bądź – jeśli wybieramy ofertę najkorzystniejszą ekonomicznie – „różne kryteria odnoszące się do danego zamówienia publicznego, przykładowo jakość, cena…” A więc cena jest tylko jednym z możliwych, przykładowych kryteriów, a nie obowiązkowym. Zwykle ważnym – ale nie zawsze.

Rezygnacja z obowiązkowego kryterium ceny posłużyłaby w różnych przypadkach, w których cena jakkolwiek pojęta jest jedynie kamieniem u szyi, zawadą. Tak jest na przykład w przypadku zamówień na dostawę bonów towarowych, których wykonawcom od paru lat nie wolno oferować w cenach poniżej wartości nominalnej. Tak będzie także w sytuacjach, w których zamawiający chce odwrócić sytuację – nie kupić określony przedmiot zamówienia za jak najniższą cenę, ale dostać za określoną kwotą jak najszerszy zakres zamówienia. Sytuacje są to co prawda rzadkie, ale mogą się zdarzyć przypadki, w których będzie to uzasadnione. Mogę sobie wyobrazić na przykład przetarg na promocję Euro 2012, w którym określamy kwotę do wydania, a oceniamy zakres świadczeń, jakie w zamian wykonawca jest w stanie nam zaoferować. Wszak w tym przypadku, o ile przeznaczona kwota jest w granicach rozsądku, promocji nigdy dość. Bywają przetargi na ubezpieczenia pracownicze, w których zamawiający z góry zna składkę, jaką pracownicy godzą się płacić, a interesuje ich jedynie wysokość świadczeń w ramach tej składki. Takich przypadków może być więcej.

Na marginesie już tylko wspomnę o problemie zamawiaczy VAT-owców, których czasami znacznie bardziej interesuje cena netto, niż cena brutto – tymczasem powiązanie obowiązkowego kryterium ceny z definicją ceny z ustawy o cenach wiąże im w tej kwestii ręce. Problem mają też zamawiacze, w których postępowaniach oferty mogą złożyć osoby fizyczne nieprowadzące działalności gospodarczej, do których wynagrodzenia zamawiający będzie musiał dołożyć z własnej kieszeni dodatkowe składki do ZUS.

Sporo jest tych powodów, które czynią obowiązkowe kryterium ceny (brutto) ograniczeniem kompletnie niepotrzebnym. Czy kiedyś jednak doczekamy się jego likwidacji?

5 komentarzy do: “O obowiązkowym kryterium ceny

    • O tyle nie rozwiązuję, że nie ma od dawna przetargów, w których taki przypadek by mi groził. Co bym robił? Pisałem niedawno na actuariusowym forum, już po przygotowaniu tego tekstu: „nie doliczając tych składek Zamawiacz teoretycznie działa zgodnie z literą szczegółowego przepisu, ale niezbyt zgodnie z zasadą równego traktowania wykonawców… Nie ma dobrego wyjścia, doliczanie jednak tych kwot do ceny w celu porównania ofert (o ile będzie to z góry przewidziane) jest bliższe mi ideologicznie :) W każdym razie zdarzyło mi się stosować zasadę dodawania VAT obciążającego bezpośrednio zamawiacza do ceny ofertowej przed wprowadzeniem stosownego przepisu :)”

      • w tym właśnie problem, że doliczanie jak i niedoliczanie składek w celu porównania ofert nie ma jako takiej podstawy prawnej. osoba fizyczna może złożyć ofertę ale wtedy pojawia się problem czy uwzględniła w cenie oferty składki, a składka jako zobowiązanie publicznoprawne jest obowiązkowa zarówno dla zlecającego jak i zleceniobiorcy.

  1. Ale wracając do meritum … Po pierwsze nie chodzi o „jeden drobiazg”, tylko istotny szczegół. Rożnica jest zasadnicza. Po drugie do powołanych przepisów art. 2 pkt 1 Pzp i art. 91 ust. 2 Pzp – dla pełnego zobrazowania rzeczywistego problemu „ceny” w procesie udzielania zamówień publiczych – należy dołączyć przepis art. 2 pkt 5 (definicja najkorzystniejszej oferty) oraz art. 91 ust. 1 Pzp. W tym miejscu nie mogę powstrzymać się aby nie zapytać o opinię na temat skladania tzw. pustych ofert (złożenie oferty na 0,00 zł w postępowaniu z jedynym kryterium oceny, gdzie oferta najkorzystniejsza = oferta z najniższą ceną). Parafrazując słowa Ministra MSZ Radosława Sikorskiego „cena może być niska, ale nie może być … fikcją.” Po trzecie uwagi de lege ferenda, zawarte w niniejszym artykule, nie stanowią argumentu w dyskusji. Identyfikuję natomiast tendencję do stosowania interpretacji prounijnej od której jednak, w omawianym przypadku, trzymać się z dala (…).

    • Po drugie… – oj, pomyłka oczywista, we wstępie miał być oczywiście art. 2 pkt 5, a nie pkt 1. Co do „pustych ofert”, wszystko zależy od kontekstu, nie da się wyrokować ogólnie :) A postulaty de lege ferenda są na marginesie dyskusji, a nie jako argument – skoro taka dyskusja w ogóle się pojawia, znaczy się – prawo jest złe :)

      Ps. Swoją drogą, czytam i zastanawiam się, czy tekst na pewno wyraża to wszystko, co zamierzałem wyrazić. Ale na ewentualne uzupełnienie dziś brak czasu…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.