Ustawodawca podarował uczestnikom systemu zamówień publicznych (a właściwie zamawiającym, bo to do nich należy decyzja o wyborze) trzy warianty trybu podstawowego stosowanego w zamówieniach poniżej progu unijnego. W pierwszym nie ma żadnych negocjacji, w drugim negocjacje mogą być, ale nie muszą – jednak wolno negocjować tylko elementy oceniane w kryteriach oceny ofert, natomiast w trzecim trybie negocjacje są obowiązkowe, ale ich celem jest podniesienie efektywności realizacji zamówienia, a na dodatek trudno rozmawiać o konkretach, skoro wiążące oferty są śpiewką przyszłości.
Oczywiście, tryb podstawowy w wariancie drugim, czyli z możliwością prowadzenia negocjacji, jest stworzony w sposób ciut kuriozalny. Można rozmawiać o cenie, ale nie można o zakresie zamówienia. W wielu przypadkach takie negocjacje nie będą miały sensu, bo w normalnych warunkach zmiana ceny czy innego parametru ocenianego kryteriach powinna wiązać się ze zmianą warunków zamówienia, a to jest niedozwolone. Efektem może być dążenie do podejmowania pewnych ustaleń „na gębę”, z naruszeniem wszystkich zasad udzielania zamówień publicznych, może z wyjątkiem zasady prowadzenia postępowania w języku polskim1.
OK, ale zdaniem ustawodawcy tryb podstawowy z możliwością negocjacji ma jednak sens. Niekiedy faktycznie może dać efekty, głównie wtedy gdy wykonawca skalkulował cenę oferty ze zwyżką i może bez straty i bez obniżania wymaganych standardów z niej zejść, np. w przypadku przekroczenia budżetu zamawiającego (choć trudno tego oczekiwać, skoro wykonawca składając ofertę musi mieć w głowie, że zamawiający może nie prowadzić negocjacji i to cena pierwotnej oferty może decydować o wygranej w przetargu)2. Zakładając więc, że rozumowanie ustawodawcy było racjonalne, a mechanizm wręczony zamawiającym do stosowania w drugim wariancie trybu podstawowego uzasadniony – nie rozumiem jednego. Mianowicie tego, że nie przewidziano możliwości podobnych negocjacji oferty złożonej w odpowiedzi już na ostateczne warunki zamówienia w trybie trzecim.
Tam przecież też może zdarzyć się, że po ukształtowaniu wszystkich warunków okaże się, że na przykład ceny przekraczają budżet zamawiającego. Dlaczego zatem nie sprawdzić, czy nie dałoby się obniżyć marży wykonawców do poziomu akceptowalnego przez zamawiającego? Miałoby to dokładnie taki sam sens, jak w wariancie drugim.
Ps. Kilka przypisów pojawiło się w tym tekście. Cóż, mechanizm, z którego korzystam przy tworzeniu tej strony przy ostatniej aktualizacji został wyposażony w funkcjonalność ich dodawania i nie mogłem się powstrzymać od jego wypróbowywania3.
Pps. Za tydzień tradycyjny wakacyjny fajrant „szponowy” (choć wakacje mocno prowizoryczne w tym roku). A może i za dwa tygodnie też.
- Szerzej o podstawowym problemie wariantu drugiego pisałem w „szponach” u zarania obowiązywania obecnej ustawy. Jednak polecam znacznie bardziej kompleksową analizę ryzyk z nim związanych w tekście Cypriana Świsia „Tryb podstawowy – ryzykowny wariant z art. 275 pkt 2 PrZamPubl” opublikowanym w lipcowym numerze „Doradcy” z 2021. ↩︎
- Ileż prościej byłoby w takich sytuacjach, gdybyśmy w przetargach stosowali system Vickrey’a, za skonstruowanie którego jego autor dostał nagrodę Nobla – było o nim w „szponach” dwukrotnie (w 2011 i ponownie, nieco szerzej, w 2017). Niestety, im dłużej siedzę w zamówieniach (a w tym miesiącu wybiło ćwierć wieku), tym bardziej wątpię, czy model ten sprawdziłby się w praktyce, przynajmniej na początku. Zasada jest prosta, ale myślę, że sporo wykonawców swoje „minimum” kalkulowałoby na poziomie wyższym niż konieczne, a inne „sporo” wykonawców – nadal zaniżało ceny. ↩︎
- Zwłaszcza tuż po skończeniu lektury biografii Terry’ego Pratchetta pod znamiennym tytułem „Życie z przypisami”. Swoją drogą, polecam, choć nie ma to absolutnie nic wspólnego z przetargami. ↩︎