Ostatnio było o zamówieniach, zagranicy, zamierzchłej przeszłości i na dodatek nie do końca na serio. Dziś będzie także o zamówieniach i zagranicy, ale nieco inaczej. W przedostatnim numerze biuletynu BEST publikowanego przez Ośrodek Studiów Wschodnich napotkałem bowiem informację na temat zamówieniowych innowacji naszego południowego sąsiada (link). Sąsiada, dodajmy, którego nie zawsze w Polsce traktujemy do końca poważnie. Tymczasem pomysł należy uznać za całkiem niezły.
Chodzi mianowicie o zakrojone na szeroką skalę zwiększanie przejrzystości życia publicznego. Narzędziem rzecz jasna jest Internet, a jednym z pól, na którym program ten jest realizowany są zamówienia publiczne. Od 1 stycznia br. jednostki słowackiego sektora finansów publicznych są zobowiązane do publikowania wszelkich zawartych przezeń umów w Internecie, w specjalnej ogólnokrajowej bazie prowadzonej przez rząd. Ba, wedle autorów artykułu taka publikacja jest niezbędna, aby umowa w ogóle weszła w życie.
Nadgorliwość? Cóż, przyjrzyjmy się jak zasada jawności umów jest realizowana u nas. Jasne, teoria jest piękna: każda umowa jest jawna. A praktyka? Żeby umowę obejrzeć, trzeba zwrócić się z odpowiednim wnioskiem. Czas. Organ udostępniający może przemyśliwać o pobraniu opłaty związanej z udostępnieniem. Czas i pieniądze. A co najważniejsze, żeby w ogóle pomyśleć o potrzebie obejrzenia jakiejś umowy, trzeba w ogóle wiedzieć, że taka umowa była zawarta. A z tym już jest różnie. Rozwiązanie słowackie z jednej strony może wyglądać na nieco nadmierny ekshibicjonizm sektora publicznego. Z drugiej – być może to jedyna metoda, która pozwoliłaby na jakąkolwiek społeczną kontrolę nad wydatkami publicznymi. Być może zanim jakiś wójt czy dyrektor podpisze jakąś dziwaczną umowę, w takim wypadku dwa razy się zastanowi. Ba, w gruncie rzeczy to także odciążenie wszystkich stron tymi umowami zainteresowanych – podmiotów zewnętrznych, którzy nie muszą o nie prosić, a mają bezpośredni dostęp, i zamawiaczy, którzy na każdą prośbę nie muszą odpowiadać, a po prostu po podpisaniu każdej umowy robią jej skan i wrzucają do sieci. Ba, ja już w tym momencie robię skan każdej umowy na potrzeby wewnętrznego systemu. Papierowe umowy mogą zginąć, albo ulec zniszczeniu, kopia elektroniczna dzisiaj powinna być oczywista. Co przeszkodzi, aby nasz ustawodawca zrobił krok w tę stronę? Pomysł jest całkiem niezły.
Z koncepcji wcielanych w życie na Słowacji na tym samym polu ciekawy jest też obowiązek publikowania w Internecie wszelkich prac dyplomowych (od licencjackich po habilitacyjne), które może faktycznie być najskuteczniejszym (choć nie doskonałym, bo takich nie ma) narzędziem zapobiegającym plagiatom.