O pomysłach na inne zmiany epidemiczne

Kolejna podróż do Warszawy, kolejne doświadczenia z orzekaniem epidemicznym (tym razem nieco gorsze, bo ze stroną, która chciała uczestniczyć na rozprawie w cztery osoby, a pismo procesowe przywiozła ze sobą) i okazja do nadrabiania zaległości w lekturze zamówieniowej. No, może niekoniecznie zaległości, bo zabrałem ze sobą też ostatni, majowy numer „Doradcy”. W nim szczególnie ciekawy okazał się artykuł Włodzimierza Dzierżanowskiego z 10 pomysłami na zamówienia publiczne w warunkach epidemii. Część jako pomysły na rozwiązania, które mogą być korzystne dla samych zamówień, część jako pomysły na rozwiązania do użycia zamówień w ratowaniu gospodarki. Bardzo konkretne pomysły.

Części przyklaskuję ogromnie – o, choćby wizja rozpraw elektronicznych, zmuszenia stron do stanowisk pisemnych i ograniczenia wystąpień do odpowiedzi na pytania Izby ma bardzo dużo uroku. O ileż to uprościłoby życie. Nad skutecznością paru innych muszę się poważnie zastanowić: na przykład sam nie jestem entuzjastą sposobu wykonania nowej ustawy (zwłaszcza jej obszerności i drobiazgowości, które na pewno stanowią element odstraszający), ale czy odsunięcie wejścia jej w życie o pół roku faktycznie coś zmieni?

Dwa punkty wzbudziły u mnie bardzo poważne wątpliwości. Pierwszy z nich dotyczy wprowadzenia możliwości udzielenia zamówienia wyłącznie wykonawcom, którzy w wyniku epidemii dotkliwie ucierpieli – i ich obroty spadły o przynajmniej 75%. Coś na kształt wymagań społecznych, o których mowa obecnie w art. 22 ust. 2 ustawy Pzp. Obserwując rzeczywistość mam wrażenie, że kryzys epidemiczny dotyka mniej więcej podobnie wszystkie firmy z danej branży. Różnice pomiędzy dolegliwościami epidemicznymi występują przede wszystkim między branżami, a zatem nie powinno być dramatycznych dysproporcji pomiędzy wykonawcami, którzy mogliby starać się o to samo zamówienie.

Oczywiście, to nie znaczy, że takich różnic w ogóle nie ma. Wchodzi tu w grę wiele uwarunkowań, często absolutnie jednostkowych. I jeśli ktoś ponosi w obecnej sytuacji ma straty większe niż jego koledzy po fachu, może to wynikać z pospolitego pecha (akurat jego kontrahenci nie będą mieli czym płacić), albo z tego, że nie umie sobie z sytuacją kryzysową radzić. Jeśli zatem spadek przychodów jest podobny na całym rynku, to warunek nie ma wielkiego sensu. Jeśli mamy do czynienia z przypadkiem odbiegającym od otoczenia rynkowego, to taki spadek przychodów do raczej sygnał ostrzegawczy – jest ryzyko, że zamówienie nie będzie wykonane, a zamawiający w zamian za wypłacone środki otrzyma tylko kłopoty.

Warunki udziału w postępowaniu są tworzone po to, aby wybrać wykonawców dających rękojmię należytego wykonania zamówienia. Ten proponowany krok prowadzi w dokładnie odwrotnym kierunku. Obu elementów nie da się pogodzić w taki sposób, aby wilk był syty i owca cała.

I drugi punkt, zakaz rozwiązywania umów o zamówienie publiczne. Bo jeśli rozwiążemy umowę, wykonawca wpadnie w kryzys i przejdzie na garnuszek państwa. I w efekcie i tak będzie konsumował środki publiczne. Jednak moim zdaniem to zbyt wielkie uproszczenie, a liczni zamawiający sami mają poważne kłopoty i nie bardzo mogą liczyć na pomoc od państwa. Samorządy może by i chciały, ale jakoś w żadnej tarczy nie widać poluźnienia reguły zadłużania z art. 243 ustawy o finansach publicznych, a tym bardziej nie widać bardziej bezpośrednich form. Spółki komunalne nie miały do niedawna szansy na absolutnie nic i dopiero ostatnio o czymś zaczęto mówić. W takich sytuacjach takie podmioty nie mogą wyręczać państwa.

Epidemia wpłynęła na sposób działalności wielu publicznych podmiotów. Jeśli dom kultury w wyniku epidemii po prostu przestał działać – nie organizuje zajęć, instruktorzy nie mają nic do robienia, pracownicy biurowi zostali wysłani do domów – po co sprzątać taką instytucję? Art. 145 ustawy Pzp jak się patrzy. I wcale nie złośliwie – potrzeba zniknęła, a płacenie za nic wtedy, gdy na przetrwanie zaczyna brakować pieniędzy, to nadmierna charytatywność. Analogicznie będzie z mniej oczywistymi przypadkami: kupujemy respiratory czy maseczki za miliony, dopłacamy do komunikacji miejskiej kolejne, to gdzieś kołderka stanie się za krótka.

Proponowane rozwiązanie oznacza, że zamawiający ponosi 100% kosztów wykonania zamówienia (niekiedy bez żadnej potrzeby, a niekiedy nie mając środków, aby pokryć takie koszty) i wyręcza państwo w pomaganiu. Jasne, państwo daje pieniądze za nic, a tutaj w wielu przypadkach jednak podmioty publiczne coś za to dostaną, a zatem ma to jakiś sens. Problem tylko, że po pierwsze państwo nie daje 100%, a po drugie mechanizmy pomocy w państwie są oparte o jakieś reguły, tymczasem zakaz rozwiązywania umów spowodowałaby zrównanie wszystkich, niezależnie od tego, czy faktycznie kryzys dotknął ich bardziej czy mniej poważnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *