Demon, a imię jego waloryzacja

Od niedawna moja droga do pracy się znacznie wydłużyła. Z jednej strony kłopot, ale z drugiej książkę można poczytać a czasami podróż daje inspirację o pewnych zamówieniowych przemyśleń. Jadąc ostatnio tramwajem oderwany zostałem od lektury nowych opowiadań Ani Brzezińskiej magicznym słowem „przetarg”. Stały obok mnie dwie dziewczyny, komentujące zakupy artykułów spożywczych. Chodziło mianowicie o to, że w przetargu na artykuły spożywcze nikt nie złoży oferty, bo przecież znowu może być powódź i ceny pójdą w górę albo zdarzy się podwyżka na miarę cukru ostatnio. Mogłem się domyślać, że chodziło tutaj o przetarg na dostawy na dłuższy czas, rzędu przynajmniej roku…

Artykuły spożywcze należą do tego typu towarów, gdzie ryzyko nawet i dużych wahań cen w krótkim czasie jest dość spore – z pewnością większe niż w przypadku spinaczy biurowych. Ale to, że nikt nie złoży oferty, nie oznacza, że należy rozkładać ręce – wypadałoby się zastanowić co zrobić, żeby taką sytuację zmienić. Bo identyfikację problemu dziewczyny przeprowadziły znakomicie – powód, dla którego ofert nie będzie, można ubrać w jedno słowo: ryzyko.

Lekarstwo na to typu ryzyko jest wyjątkowo proste. Też tylko jedno słowo: waloryzacja. Tyle, że niektórzy zamawiający traktują ją jako zło wcielone. Trochę tu – trzeba przyznać – zaszłości z dawnych czasów. Np. z zapisu art. 85 „starej” ustawy o finansach publicznych (z 2005 r.), zgodnie z którym zobowiązania finansowe jednostek sektora finansów publicznych musiały w momencie zaciągania mieć ustaloną wartość nominalną należną do zapłaty w dniu wymagalności. Wiele jednostek (wspieranych przez organy kontroli) odnosiło ten przepis do każdego zobowiązania, choć dwa artykuły wcześniej zakres tych zobowiązań został dość wyraźnie określony. W nowej ustawie o finansach publicznych zagrożenia taką interpretacją już nie ma (w art. 93 stare „zobowiązania finansowe” zastąpiono wyraźnym określeniem rodzajów zobowiązań – kredytów, pożyczek itd.)…

Jak mówi jednak ludowe porzekadło – jak nie kijem go, to pałką. Jest też przepis (i to bardzo wyraźny, zarówno w starej, jak i nowej ustawie o finansach publicznych), który stanowi o możliwości zaciągania zobowiązań tylko w granicach ustalonego planu (to swoją drogą temat na odrębną notkę). Gdy główny księgowy czy skarbnik kontrasygnuje zobowiązanie – przede wszystkim porównuje jego kwotę z kwotą planu. Jeśli kwoty nie ma – skąd ma wiedzieć, czy plan nie zostanie przekroczony?

Są jednak pewne branże, w których waloryzacja jest czymś absolutnie naturalnym, nawet dla zamawiających, którzy się jej obawiają – zwykle tylko nie nosi tej odstraszającej nazwy. Nikt na przykład nie wyobraża sobie umowy na zakup paliwa na dłuższy okres czasu po cenach stałych. Cena paliwa w takiej umowie jest uzależniona od wahań rynkowych (np. według modelu rabatu). To też wszak waloryzacja. Czemu więc nie zastosować czegoś podobnego przy zakupie chleba? Nie uzależnić od cen mąki? Wszak choćby Rzeczpospolita publikuje wskaźniki wahań takich cen.

Temat waloryzacji wielokroć się w kontekście Pzp pojawiał, także w wypowiedziach UZP. Tak było np. w słynnych odpowiedziach na pytania miast organizatorów Euro 2012 z 2007 r. (link) – gdzie UZP odwołało się do opinii Ministerstwa Finansów w tej sprawie (swoją drogą, zupełnie nic nie wnoszącej). Sporo na ten temat wyczytać można natomiast w wytycznych dotyczących stosowania warunków FIDIC w projektach finansowanych ze środków UE (dostępne np. tutaj, jako punkt 13 na tej liście), gdzie stanowisko UZP jest również zawarte.

Krótko podsumowując, waloryzacja to nie zło. Byleby tylko była to waloryzacja z głową. Wystarczy spełnić dwa warunki: odnieść waloryzację do obiektywnego wskaźnika (jego zastosowanie będzie wówczas działać automatycznie, bez zmiany umowy) oraz przewidzieć ją z góry (samą waloryzację i ten wskaźnik umieścić już w materiałach przetargowych, najlepiej we wzorze umowy czy istotnych postanowieniach umowy). Główny księgowy będzie zaś zadowolony, gdy postawiony zostanie limit środków do wyczerpania – ryzyko przekroczenia planu wówczas nie będzie istniało. Gdy chleb będzie po 2 zł – w 100 zł zmieści się 50 bochenków, gdy po 4 zł – tylko 25 bochenków, ale limitu 100 zł nie przekroczymy. Wykonawcy z góry wiedzą, jak system będzie działać, a ten będzie działać identycznie niezależnie od tego, który wygra.

Swoją drogą, temat waloryzacji świetnie wpisuje się w problem zarządzania ryzykiem, słusznie sygnalizowany w „nowym podejściu” jako obszar, na którym należałoby sporo popracować. Brak waloryzacji w pewnych przypadkach (tam, gdzie wahania cen są czymś naturalnym) skutkuje albo niezłożeniem oferty, albo wkalkulowaniem ryzyka z tym związanego (a zatem wyższą ceną oferty, np. już teraz 3 zł za bochenek), albo postępowaniem wykonawcy na zasadzie „a nuż się uda” i pomijaniem tego ryzyka. Problem w tym ostatnim wypadku jest taki, że gdy cena wzrośnie, wykonawca traci. W umowie nie chodzi zaś o zadowolenie wyłącznie jednej ze stron…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.