O pismach składanych na rozprawach

Cóż, trafiła mi się przyjemność trafienia przed KIO już w pierwszym tygodniu orzekania „epidemicznego”. Spraw zaległych przez dwa miesiące nagromadziło się im tam mnóstwo, przetargi trzeba odblokować, wszyscy liczą na sprawne działanie. I sprawnego działania zaznałem. Co prawda w oblikowanych na stronie KIO wytycznych epidemicznych znajdziemy tylko zalecenia, ale wiele z nich daje wszystkim do myślenia i skłania strony do tego, aby zrobić wszystko, aby sama rozprawa nie była miejscem wielkiego starcia, ale podsumowaniem sprawy, które raz dwa się zamknie. Przynajmniej w tym jednym, moim przypadku.

Jednym ze zwyczajów, który w „normalnych” czasach jest bardzo rozpowszechniony, jest składanie odpowiedzi na odwołanie czy pism procesowych podczas posiedzenia, mimo że w wielu przypadkach jest to możliwe wcześniej. Rozumiem oczywiście motywy. Wszystko po to, aby działając zgodnie z prawem ograniczyć czas, który przeciwnik będzie miał na analizę argumentów i znalezienie na nie dobrej odpowiedzi. Jednak w mojej ocenie (cóż, może jestem za stary albo za staroświecki) w gruncie rzeczy to sztuczka mająca na celu utrudnienie wydania uczciwego wyroku.

Zdarza się też często, że strona wysyła pismo dzień wcześniej do KIO, natomiast z wysłaniem do przeciwnika się nie kwapi, a na rozprawie okazuje teatralne zdziwienie faktem, że ten niczego nie dostał. Potem okazuje się, że wysłał do przeciwnika rankiem, gdy ten już siedział w pociągu. Ale na szczęście ma przy sobie wersję papierową, którą oczywiście udostępni. Formalnie nic nie można z tym zrobić, ale być warto by było, aby dało się takiego delikwenta jakoś pokarać? Grom z jasnego nieba byłby w mojej opinii najbardziej adekwatny, ale zadowoliłoby mnie odebranie takiej stronie głosu do końca rozprawy.

Realnie rzecz biorąc jedynym pomysłem na ukrócenie takich praktyk jest wprowadzenie przepisu z terminem na przedstawienie argumentów, prekluzją dowodową itd. I na rozprawie pozwolić odnosić się tylko do tego, na co w tym terminie już fizycznie nie dało się odpowiedzieć (czyli na argumenty z ostatniego pisma).

I chyba do tego właśnie zbliżyła nas epidemia. Który bowiem pełnomocnik, świadom tego, że Izba najchętniej skończyłaby rozprawę zaraz po tym, jak zostanie otwarta, chciałby bawić się teraz w takie zagrywki? I w sytuacjach, które nie są oczywiste (a większość spraw trafiających do KIO w teorii powinna należeć do takiej kategorii) czasami wrażenie, jakie robi strona, może być języczkiem u wagi. Arbiter też człowiek, z całą swoją psychologią. W tych warunkach chce skończyć sprawę szybko. Nawet półgodzinnej przerwy nie zarządzi, bo na korytarzach nie można siedzieć (ba, kto tu o siedzeniu mówi, skoro nie ma na czym, a obsługa pilnuje, żeby nie stać za blisko siebie).

Swoją drogą, ani w wytycznych epidemicznych, ani w ostatnim zawiadomieniu o terminie posiedzenia nie widziałem informacji, jaki jest planowany czas rozprawy. Oczywiście, wiadomo, że nikt nie będzie tego bez potrzeby przeciągał, a mój przypadek pokazał, że wszelkie wywody zmierzające do wygłoszenia prawd znanych KIO, były w zarodku ucinane. Jednak trochę szkoda, że taki termin nie był wskazywany. Jasne, na pewno nie mógłby być on absolutnie wiążący, bo sprawa sprawie nierówna, ale mimo wszystko dałby do myślenia. Ba, tego typu limity znakomicie wpływają na skłonność stron do zwięzłości i szybszego dochodzenia do meritum – czego najlepszym dowodem jest ich skuteczność w negocjacjach, gdy znacząco wpływają na skłonność stron do kompromisu i dochodzenia do porozumienia.

I powiem tak: wiele z tych rzeczy epidemicznych podobałoby mi się także w „normalnych” czasach. Składajmy pisma z wyprzedzeniem, ograniczajmy czas rozpraw – wszystkim nam by się stawało przed KIO znacznie przyjemniej. I nawet zalecenie ograniczenia liczby pełnomocników mogłoby być dobrym krokiem :)

Ps. Jedno w tych ograniczeniach epidemicznych intryguje: czy jeśli strona zgodnie z zaleceniem wystawi jednego pełnomocnika, a ten nie przejdzie testu pomiaru temperatury, Izba będzie skłonna do przełożenia terminu posiedzenia? :) Na jednym z boisk australijskiej ligi rugby, która tydzień temu zaczęła rozgrywki, jeden z zawodników też nie mógł przejść takiego testu. Testowano go jednak do skutku – poczekali w spokoju kwadrans i za trzecim razem się udało ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.