Tak się przypadkowo złożyło, że w ostatnim czasie kilkakrotnie zdarzyło mi się rozmawiać o tym, czym właściwie jest „zwykła” procedura udzielania zamówień w trybie przetargu nieograniczonego – „zwykła” w znaczeniu przeciwnej do procedury „odwróconej” przewidzianej w art. 24aa ust. 1 Pzp. Ba, zetknąłem się ze stanowiskiem, w którym całą główną ideę nowelizacji z 2016 r. (najpierw oferta i ocena ofert, potem dokumenty) utożsamiono z ową procedurą „odwróconą”, natomiast przeciwieństwa takiej procedury upatrywano w postępowaniu „po staremu” (czyli dokumenty wraz z ofertą, a potem ocena ofert). No bo przeciwieństwa do art. 24aa jakoś trudno znaleźć w przepisach. Na dodatek, skoro w procedurze „odwróconej” nie trzeba badać, czy wykonawcy inni niż najkorzystniejszy spełniają warunki udziału i nie podlegają wykluczeniu, to w procedurze „zwykłej” należałoby to zrobić – a do tego potrzebne są dokumenty?
Problem jednak w tym, że to przeciwieństwo w przepisach jest. Tyle że faktycznie nie ma co szukać jednego przepisu, który wprost stanowiłby o tym, jak działać, gdy nie stosuje się art. 24aa. Trzeba na to patrzeć inaczej – art. 24aa Pzp zawiera po prostu wyjątki od ogólnych zasad prowadzenia postępowania. Art. 26 ust. 1 i 2 Pzp, dotyczące żądania dokumentów dopiero od wykonawcy ocenionego najwyżej, obowiązują niezależnie od tego, czy zamawiający skorzysta z dobrodziejstwa art. 24aa Pzp, czy nie. A zatem różnica między procedurą „zwykłą” i „odwróconą” nie polega na tym, że w procedurze „zwykłej” można żądać wszystkich dokumentów od razu z ofertą. Nie, ta różnica jest znacznie bardziej subtelna.
Czytaj dalej