Dzisiaj w szponach będzie o zmianie terminu składania ofert. Nie pierwszy raz (ale coraz trudniej znaleźć temat nieporuszany w szponach), ale chyba pierwszy raz w tym kontekście. Mianowicie chodzi tutaj o zmiany dokonywane w ostatniej chwili (czyli w ostatnich dniach przed upływem pierwotnego terminu ofert). Pół biedy, jeśli taka zmiana wiąże się z jakąś mało istotną zmianą specyfikacji, niezmieniającą kręgu potencjalnych wykonawców, wymagającą tylko dostosowania czy weryfikacji ofert.
Bywają jednak zmiany, które krąg wykonawców zmieniają. Doprecyzowanie warunków udziału w postępowaniu, dorzucenie dodatkowych wymaganych dokumentów (albo odjęcie), zmiana parametrów zamawianego przedmiotu zamówienia… Takie zmiany mogą spowodować, że ktoś przygotowujący się do startu nie będzie w stanie złożyć oferty albo odwrotnie – mogą zaowocować otwarciem bram do postępowania nowym wykonawcom. Oczywiście ustawodawca postawił w pewnym stopniu barierę dla takich zmian – mamy art. 137 ust. 7 Pzp, który mówi o konieczności unieważnienia postępowania w przypadku istotnej zmiany charakteru zamówienia czy jego zakresu. W praktyce tak istotną zmianą jest zmiana rozkładu części w postępowaniu (przy czym tu mieliśmy do czynienia z wyprzedzeniem teorii przez praktykę, w związku z blokowaniem w systemie eNotices ogłoszeń zawierających takie zmiany).
No dobrze, ale jeśli zmiana nie wywraca wszystkiego do góry nogami, jeśli zmienia tylko „odrobinę” ten krąg wykonawców – utarło się, że zamawiający może jej dokonać. Oczywiście, rodzi to pewne problemy praktyczne i może stanowić ograniczenie konkurencji. Patrząc po sobie – śledząc ogłoszenia o zamówieniu w interesującej mnie branży podglądam te nowe, a rzadko klikam na te, które operator serwisu zbierającego takie informacje opatrzy komentarzem „zmiana ogłoszenia”. Zwykle bowiem zmiana ogłoszenia, które mnie wcześniej nie interesowało, nie spowoduje, że nagle się nim zainteresuję, a przeglądanie ich wszystkich zabrałoby mi zbyt wiele czasu.
No dobra, ale to już mój wybór. Gdyby czasu było więcej, może rzucałbym okiem. Ale bywają też sytuacje, w których świeżo zainteresowany wykonawca, nawet jeśli odkryje, że jednak ma możliwość złożyć ofertę, i tak nie będzie w stanie tego zrobić. Czyli zamawiający dokonuje zmian rozszerzających potencjalnie krąg wykonawców na krótko przed upływem terminu składania ofert, ale przedłuża go w sposób symboliczny. Pierwotny termin wynosił 30 dni, zmiana jest na 5 dni przed jego upływem, przedłużenie terminu wynosi 5 dni. W efekcie wykonawcy od początku spełniający wymagania zamawiającego mają 30 dni na przygotowanie ofert (a po zmianach nawet 35 dni), natomiast wykonawca, który został „dopuszczony” dopiero zmianą – tylko 10 dni.
I ma w tym czasie zrobić to samo, na co inny mieli trzykrotnie więcej czasu. Zebrać oferty podwykonawców, przygotować kalkulacje, skompletować liczne niekiedy przedmiotowe środki dowodowe, rozeznać sytuację na miejscu, czasami wykonać i dostarczyć próbki. Czy o to chodzi w uczciwej konkurencji?
Wielu zamawiających traktuje składanie oferty jako element nadmiernie wydłużający cały proces realizacji przedsięwzięcia. Pewne terminy wymusza ustawa, ale wymiaru przedłużenia przy zmianach w żaden sposób nie określa (zresztą, może i słusznie, biorąc pod uwagę fakt, jak różne mogą być konsekwencje poprawek). Aż korci zatem, aby tu oszczędzać czas. Zapomina się jednak przy tym, że przygotowanie oferty (przynajmniej przy niektórych sprawach) to nie jest pięć minut, ale konkretna praca – wymagająca tym więcej czasu, im bardziej skomplikowane jest przedsięwzięcie lub wymagania zamawiającego co do treści oferty. To takie patrzenie na swoją stronę medalu, bardzo wąsko rozumianą – i zapominanie, że rzucanie kłód pod nogi wykonawcom oznacza często, że będzie mniej ofert, że będą gorsze oferty, a na dodatek że przygotowana na chybcika oferta to pierwszy krok do kłopotów na etapie realizacji (a każdy kłopot wykonawcy jest także kłopotem zamawiającego).
PS. Kolejny tekst w szponach dopiero we wrześniu. Wakacje wreszcie nadchodzą :)