O pewnej szczególnej waloryzacji

Waloryzacja to niezwykle gorący temat w kontekście zamówień publicznych w ostatnich latach. Spadek wartości realnej pieniądza doprowadził nie tylko do nasilonych debat i dyskusji, ale także do zmian w przepisach (czego efektem jest w szczególności art. 439 ustawy Pzp). Wciąż sporo się o tym mówi i pisze, czego świeżym przykładem jest wypowiedź Prezesa UZP przywołana w tekście Sławomira Wikariaka z „Dziennika Gazety Prawnej” z 11 października „Nieprzewidziane okoliczności uzasadniają zmiany umów”. Mianowicie Prezes stwierdził, że nawet jeśli w umowie przewidziano klauzule waloryzacyjne, ale są one nieadekwatne do szalejącej rzeczywistości, to wykonawca może ubiegać się o zmianę umowy na podstawie art. 455 ust. 1 pkt 4 Pzp, czyli w związku z sytuacją, której nie dało się przewidzieć.

Waloryzacja wynagrodzeń wykonawców to niezwykle cenna i ważna rzecz, choć szkoda, że odrobinę nieszczęśliwie opisana w ustawie. Jeśli wynagrodzenia wykonawców uczciwie się nie waloryzuje, to kłopoty ma i wykonawca, i zamawiający. Jednak troski o wykonawców widzę wokół mnóstwo, natomiast niespecjalnie widzę troskę o zamawiających. I nie chodzi mi o ograniczone zasoby budżetowe, z których muszą czerpać na podwyżki dla wykonawców, ale o zupełnie inny kontekst tej sprawy – mianowicie próg stosowania ustawy, wpisany przy okazji jej tworzenia w 2019 na sztywno, na wartość 130 000 zł.

Ustawę uchwalono 11 września 2019 r. (już nie chce mi się doszukiwać momentu, w którym tę wartość wyrażoną w złotych do niej wpisano, ale zapewne trochę wcześniej). Koszyk zakupów wart wówczas 130 tys. zł netto był wart w ubiegłym miesiącu, jeśli przyjąć wyłącznie statystyczną inflację, 180 166,40 zł – czyli, bagatelka, o prawie 40% więcej. Jeszcze lepiej zobrazować to można obliczeniem odwrotnym – jeśli weźmiemy pod uwagę tylko wskaźnik inflacji, to dzisiaj za 130 000 zł zamawiający są w stanie kupić to, co przed czterema laty mogli nabyć za 93,8 tys. zł.

A inflacja to przecież nie koniec. Analogiczne obliczenia można zastosować z użyciem wskaźników mających z zamówieniami publicznymi nieco więcej wspólnego – cenami produkcji przemysłowej, wynagrodzeniami w sektorze przedsiębiorstw itp. A co gorsza, te wskaźniki publikowane przez GUS chyba nie nadążają za rzeczywistością.

Jaki jest tego efekt? Cóż, przede wszystkim powiększenie biurokracji. Mamy coraz więcej przetargów, coraz więcej pracy, zapewne coraz więcej ludzi, którzy muszą te elektroniczne papiery obrabiać – i to nie tylko po stronie zamawiających, ale i wykonawców (jeśli w ogóle za przetargi ustawowe się chwytają).

Skoro ten sam przedmiot nie był w 2019 godzien, aby wtłaczać go w sztywne ramy ustawy, dlaczego dziś każemy to zamawiającym robić? Może warto pomyśleć o waloryzacji kwoty wskazanej w art. 2 ust. 1 pkt 1 ustawy Pzp? A może warto wziąć przykład z art. 439 i wprowadzić mechanizm waloryzacyjny, działający mechanicznie w oparciu o jakiś wybrany wskaźnik? Wszak dałoby się to robić obwieszczeniem Prezesa UZP, gdyby ustawa Pzp na to pozwoliła.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *