Wraz z wejściem w życie nowych dyrektyw zamówieniowych Unia Europejska udostępniła nowe formularze ogłoszeń do publikacji w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej. Sprawa poniekąd oczywista: skoro zmieniły się wymogi dotyczące treści ogłoszeń, trzeba było zmienić także ich formatki. Pojawiło się przy tym kilka drobnych problemów, istotnych z polskiej perspektywy – w nowych formularzach ubyło pól do wypełnienia, przez co zniknęły pola dedykowane na umieszczenie informacji uznanych za obowiązkowe w ustawie Pzp. Ten problem da się jednak łatwo rozwiązać – wystarczy umieścić odpowiednie wzmianki w polach przeznaczonych na dodatkowe informacje.
Pojawił się jednak inny problem, o większym znaczeniu, choć jego źródło zdaje się absolutnie prozaiczne. Mianowicie twórcy formularzy postanowili ograniczyć ilość tekstu, którą da się wpisać w poszczególnych polach (widać szczególne upodobanie do czwórek – najczęściej mamy do czynienia z limitem 4000 lub 400 znaków). Na pozór to imponujące liczby, ale w praktyce jest już nieco inaczej – tylko to zdanie liczy 104 znaki. Jedną czwartą tego, co zamawiający może zmieścić w wielu istotnych polach. A przecież to tylko jedno, stosunkowo krótkie (chociaż złożone) zdanie. Ten cały, też stosunkowo krótki akapit – 623 znaki…
Co to w praktyce oznacza? Mniej więcej tyle, że w niektórych polach (szczególnie tych dotyczących warunków udziału w postępowaniu i sposobu wykazania ich spełniania) limity okazują się zbyt krótkie w stosunku do ilości treści, jaką trzeba tam zmieścić. Przetarg unijny, więc wypada wpisać tam wszystkie dokumenty na potwierdzenie braku przesłanek wykluczenia, jakie mają być złożone przez wykonawcę. Nie można zapomnieć o tym, że JEDZ, oświadczenie o grupie kapitałowej (cóż, to typowo polski i wyjątkowo głupi wynalazek) oraz resztę dokumentów składa się w trzech różnych momentach postępowania, co też trzeba zaznaczyć. Wypada wskazać, jakie dokumenty składają wykonawcy zagraniczni (w innym wypadku ktoś przyjdzie i stwierdzi, że byli dyskryminowani i przy środkach unijnych nałoży korektę finansową). Gdy używa się do tego języka z rozporządzenia o dokumentach, limity 4000 znaków okazują się żałośnie małe.
Oczywiście, można tworzyć protezy – tekst, na który brakuje miejsca w odpowiednim polu, przenosić do innego, w którym miejsce pozostało. Ale przecież nie o to w formularzu ogłoszenia chodzi. To ma być jednolity wzorzec, tak aby informacje na konkretny temat zawsze były w tym samym miejscu. Szukając warunków udziału w postępowaniu dotyczących kondycji ekonomicznej zawsze zaglądnę do punktu III.1.1, nie będę się spodziewał tego w różnych innych miejscach. Innym rozwiązaniem jest umieszczanie odwołań do zewnętrznych dokumentów – zamiast opisywać dokumenty, które należy złożyć, wskazywanie przepisów, w których te dokumenty są opisane. Trafiłem ostatnio w DUUE na angielskojęzyczne ogłoszenie, w którym zamiast opisu warunków i dokumentów mamy opis sposobu rejestracji na platformie, na której znajdują się bardziej szczegółowe informacje. A przecież w ogłoszeniu chodzi także o to, aby wykonawca mógł zweryfikować przynajmniej wstępnie swoje możliwości udziału w tym postępowaniu na podstawie samego ogłoszenia – po co szukać szczegółów, grzebać w przepisach, skoro nie spełnia się podstawowych warunków?
Nie wiem, jaki był cel twórców formularza. Być może chodzi o to, by zmusić zamawiaczy, by ogłoszenia były krótsze, a przez to bardziej czytelne, przejrzyste itd. Tymczasem jest przeciwnie. Jeśli ogłoszenie ma służyć odpowiednim celom, musi zawierać odpowiednie treści. I póki będziemy posługiwać się językiem dyrektyw i ustaw (a przecież nie mamy innego wyjścia), póty nic się nie zmieni. Zresztą, porównajmy kolejne dyrektywy klasyczne (bez załączników): w 2004 r. ok. 170 tys. znaków (w języku polskim), a w 2014 r. ponad 380 tys. znaków… Może zatem, zamiast nakładać kaganiec na zamawiających, europejscy biurokraci sami siebie nieco by skracali?
Ps. Na marginesie można wspomnieć o różnicach między różnymi językami. Przeprowadziłem krótki test na motywie 1 preambuły dyrektywy 2014/24/UE – ten sam tekst wyrażony w 24 językach. Różnica między językiem, w którym zużyto najmniej znaków i tym, w którym było ich najwięcej, wynosiła 33%. Identyczna różnica w przypadku art. 1 tej dyrektywy. Słoweńcy mają zatem znacznie łatwiej niż Francuzi czy Grecy… A ma być równe traktowanie i brak dyskryminacji… ;)