Byłem ostatnio (cóż, tekst będzie opublikowany kilka tygodni po napisaniu) uczestnikiem szkolenia z PR. Zostałem uświadomiony, że w dzisiejszych czasach komunikat powinien być prosty, bo w epoce multitaskingu trudno skoncentrować się na tekstach zbyt skomplikowanych. Dowiedziałem się też że powinienem budować swoją markę, wyróżniając się (jak przykład skutecznego wyróżniania się podano ten tekst). Problem w tym, że zamówienia nie przystają do multitaskingu, a jeśli miałbym posługiwać się tak dosadnym językiem, musiałbym znaleźć odpowiedni obiekt (hmm, teraz Prezesa Sadowego już nawet nie ma – a na pochyłe drzewo skakać nie wypada). Więc będzie po staremu :)
A będzie o umowach. Każda umowa każdego zamawiacza powinna zawierać regulacje dotyczące rozmaitych tematów. W wielu wypadkach istotne są kwestie praw autorskich – trzeba pamiętać, że zgodnie z art. 53 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych przeniesienie ich odbywa się na piśmie pod rygorem nieważności. Jest więc oczywiste, że pisemne przeniesienie praw autorskich zawieramy w pisemnej umowie o zamówienie publiczne. Nie wystarczy jednak napisać, że „przenosi się prawa autorskie”. Zamawiacz musi określić jakie prawa, do czego, na jakim terytorium, w którym momencie, na jaki okres, za ile i wreszcie – na jakich polach eksploatacji. Wielu zamawiaczy (ale chyba coraz mniej) zapomina o tych elementach. A czasami chce uprościć sobie życie w sposób, który to życie w efekcie utrudnia.
Takim przykładem są zapisy o polach eksploatacji, na których utwory mogą być wykorzystywane. Nieraz można spotkać umowy, w których określa się, że przeniesienie praw autorskich obejmuje „wszystkie pola eksploatacji”, albo zawiera się ich katalog poprzedzony magicznym sformułowaniem „w szczególności” (celem zapewne jest objęcie także takich pól eksploatacji, których zamawiający jeszcze nie wymyślił albo zapomniał wymienić w katalogu, na wszelki wypadek). Ba, czasem w ogóle nie ma wzmianki o polach eksploatacji.
Tymczasem ustawa o prawie autorskim (art. 41 ust. 2) na to: „Umowa o przeniesienie autorskich praw majątkowych lub umowa o korzystanie z utworu, zwana dalej „licencją”, obejmuje pola eksploatacji wyraźnie w niej wymienione.” A zatem – nawet jeśli zamawiacz napisze „w szczególności”, to i tak nic poza poza polami eksploatacji wymienionymi wprost nie będzie mu przysługiwać. A jeśli w umowie nie będzie określonych żadnych konkretnych pól – na żadnych utworu nie będzie można wykorzystać. Efekt – prawa autorskie niby będą kupione, ale do niczego nieprzydatne… „Wszystkie” oznacza w takim wypadku „żadne” :)
Należy więc pola eksploatacji określać precyzyjnie, bo obowiązuje tylko to, co tak określone. I należy określać to z głową – wiele pól eksploatacji może zamawiającemu nie być do niczego potrzebne, a zapłacić za nie trzeba. Jako okazjonalny szkolący zawsze jestem zaszokowany zakresem pól eksploatacji, na których zleceniodawca chce potem wykorzystywać moje prezentacje i materiały. Jakoś dotąd nie spotkałem się i nie spodziewam się spotkać, aby po szkoleniu do czegokolwiek tej prezentacji potrzebował.
Ps. Na wspomnianym na wstępie szkoleniu zachęcali też do używania obrazków. Przepraszam, nie dam rady. Co najwyżej mógłbym straszyć :)
Do katalogu grzechów dorzuciłbym żądanie przeniesienia praw autorskich, gdy wystarczyłaby licencja (dot. głównie oprogramowania).
Dodałbym także, że nabycie praw nie upoważnia samo przez się do wprowadzania zmian w utworze (i to jest ta poważna różnica w stosunku do nabycia własności rzeczy), czego wielu zamawiaczy nie jest świadomych.
Absolutna prawda :)
Licencja na oprogramowanie = uzależnienie na wieki wieków od autora w zakresie serwisu i asysty technicznej, a także rozbudowy funkcjonalności = największy kocioł w zamówieniowym piekle – wg miłościwie nam niepanującego Prezesa, za to ponoć w doborowym towarzystwie tych od oprogramowania w ZUS (Procom/Asseco) i PESEL (IBM)
A że praktyka swoje, prawo swoje… to jest jak jest.
Oczywiście nie chodzi o każde oprogramowanie, głównie o systemy zarządzające pracą całej jednostki. Sami pracujemy na KSAT COIGU na licencji jedynie i z każdym kontraktem na serwis i dodatkowe moduły odświeżamy booking w kolejce do kotła ;-)
Gdy oprogramowanie jest dedykowane zamawiającemu, na jego zlecenie tworzone i raczej nikomu poza nim się nie przyda, oczywiście, że należy dopilnować, że zostaną nabyte majątkowe prawa autorskie. Sama licencja tu nie wystarczy i prowadzi do ww. absurdów.
Gdy chodzi o inne oprogramowanie, nabycie praw nie ma sensu. Czy system KSAT ma jednego tylko użytkownika? Pewnie wielu i właśnie dlatego jest licencjonowany.
Wszystko zależy od potrzeb zamawiacza i właściwego ich rozeznania. Problem jest zarówno wtedy, gdy potrzeby są przeszacowane (i płaci się przy nabyciu praw za prawa niepotrzebne), jak i wtedy, gdy są niedoszacowane (i zamawiacz musi płacić więcej później).