O premii dla wykonawcy

Kary są normą w umowach o zamówienie publiczne. To poniekąd oczywiste – pomijając aspekt rekompensaty szkód wywołanych niewłaściwym wykonaniem zamówienia, mają one charakter dyscyplinujący. Wykonawca powinien wiedzieć, że zawalenie sprawy nie skończy się tylko rozwiązaniem umowy, ale i trzepnie go po kieszeni. To ma mobilizować go do prawidłowej realizacji kontraktu, w terminach i zgodnie z wymaganiami zawartymi w umowie (te terminy są tu wyróżnione, bo chyba najczęściej właśnie ich kary dotyczą i najczęściej są tutaj nakładane).

Mamy więc kij. Ale budowanie motywacji może być realizowane nie tylko za pomocą kija – istnieje bowiem przecież także możliwość oferowania marchewki. W zamówieniach publicznych z taką marchewką jest kłopot. Mamy umowę, w której świadczenia pojawiają się z dwóch stron: wykonawca robi coś dla zamawiającego, a ten ostatni płaci wykonawcy kwotę, jaka wcześniej została podana w ofercie. Można zatem powiedzieć, że dodatkowa marchewka jest niepotrzebna – prawidłowe wykonanie prac powinno obie strony wystarczająco usatysfakcjonować (zamawiający cieszy się z realizacji zamierzonego celu, wykonawca otrzymuje odpowiednią zapłatę).

Czasami zamiast „dobrze” może być „lepiej”. Zamawiający zwykle premiują owe „lepiej” już na etapie oceny ofert ustanawiając obok ceny kryteria wyboru ofert odnoszące się do tego właśnie lepszego wykonania. To „lepiej” może odnosić się do aspektów jakościowych, do zwiększenia zakresu, do przyspieszenia prac – szeregu różnych spraw. Wykonawca deklaruje coś „lepszego”, dostaje w zamian za to dodatkowe punkty, które powinny zrekompensować mu punkty tracone w kryterium ceny (wszak „lepsze” zwykle będzie kosztować ciut więcej niż to, co jest tylko „dobre”).

Na rynku spotkać się można jednak z inną formą promowania owego „lepszego”. Sam zetknąłem się z tym w postępowaniach, których przedmiotem były prace termomodernizacyjne obiektów. Tam wykonawca dostawał wynagrodzenie, za to co miał zrealizować, ale jeśli w toku realizacji zamówienia zrobił coś więcej niż było wymagane, mógł liczyć na premię. Mechanizm premii był uzależniony od stopnia oszczędności w kosztach zużycia energii zamawiającego. Wykonawca miał zrobić opisane w projekcie prace, ale jeśli zrobiłby je wyjątkowo dobrze i osiągnął nadspodziewanie dobre efekty, miał dostać udział w tym, co zamawiający zaoszczędził w ramach wydatków na ogrzewanie (oczywiście, na opisanych w umowie zasadach).

Jasne, niby to samo można osiągnąć kryteriami oceny ofert. Wykonawca może zadeklarować, że zamiast 25% wydatki na ogrzewanie spadną o 50% i zażądać za to odpowiednio wyższego wynagrodzenia. Sprawa jest jasna, nie ma żadnych premii. Ale wykonawca dołoży przy realizacji zamówienia tylko takiej staranności, jaka zagwarantuje mu efekt wymagany. Nie będzie zainteresowany w ponoszeniu dodatkowych, choćby najmniejszych kosztów, które mogłyby zamawiającemu dać coś więcej, bo dla niego to tylko koszt, a żadna korzyść. Mechanizm premii zapisany w umowie z jednej strony nie dawał zamawiającemu pewności, że wykonawca się bardziej postara, ale z drugiej dawał wykonawcy bardzo mocny impuls, aby to zrobić.

Gdy przed laty stykałem się z tym mechanizmem pierwszy raz, okoliczności ciut się skomplikowały. Mianowicie do zamawiającego przyszła kontrola z RIO i zaczęła się dopytywać – na jak to tak można, dlaczego wykonawcy dawać więcej niż mu się należy. No i przede wszystkim – jak można dawać kasę, której limit nie jest w żaden sposób opisany. I to moje zetknięcie z mechanizmem premii polegało głównie na tym, aby wytłumaczyć, że przecież taki sposób działania ma sens. I że choć może się zdarzyć, że zamawiający zamiast 200 zł wpisanych do oferty zapłaci wykonawcy 300 zł, to zamawiający też będzie na tym do przodu (finansowo) – bo ta dodatkowa stówka to tylko część kwoty, którą by wydał na ogrzewanie, gdyby wykonawca tak bardzo się nie postarał.

Ale najbardziej frustrujące było to, że sam mechanizm w sumie nie budził kontrowersji, jego skutki były racjonalne, ale problemy były czysto formalne. No bo jak to gmina mogła zapłacić wykonawcy więcej niż wynikało z oferty. Jak to gmina mogła zaciągnąć zobowiązanie, którego maksymalna wartość nie była do końca znana? Jak można podpisać umowę, gdy kwoty nie ma zabezpieczonej w odpowiedniej pozycji budżetu? Cóż, to tylko pokazuje, że rygory finansów publicznych mogą czasami krępować ręce zamawiającym ponad zdrowy rozsądek. Maksymalną wartość zobowiązania da się w umowie wskazać (będzie to wynagrodzenie + czysto teoretycznie premia za stuprocentowe ograniczenie energii w danym okresie wyliczona zgodnie z umową), ale problem zabezpieczenia jej w odpowiedniej pozycji budżetu jest niestety chyba nierozwiązywalny (bo przecież pieniążki te w chwili zawarcia umowy będą w budżecie na media, a nie na roboty).

Ps. Tamten przypadek skończył się, jeśli mnie pamięć nie myli (wybaczcie, to pewnie już z 20 lat), dobrze. Pytanie, czy zawsze by tak było.

2 komentarze do: “O premii dla wykonawcy

Skomentuj Grzegorz Bednarczyk Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *