O pustej kieszeni

Dziś wpis poniekąd anegdotyczny – powstały na bazie konkretnego wzoru umowy w konkretnym postępowaniu. Cóż, raz zobaczonego tekstu nie dało się już zapomnieć. A mamy do czynienia z przypadkiem absolutnie kuriozalnym. Powiedzieć o nadużywaniu pozycji zamawiającego w postępowaniu to mało powiedzieć – to postanowienie umowne z gatunku barejowskiego „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi”, i to w zasadzie bardzo dosłownie. To niezwykle twórczy wkład zamawiającego w dorobek polskiej doktryny umów – ale to ten gatunek „twórczości”, od którego wieje grozą i ciarki chodzą po plecach.

A chodzi tutaj o następujący kwiatek: „Zamawiający oświadcza, że wypłata wynagrodzenia nastąpi pod warunkiem dostępności środków na ten cel na właściwym rachunku Wykonawcy. Wykonawca przyjmuje powyższe do wiadomości i akceptuje”. Przy czym zakładam, że zamawiający raczej miał na myśli rachunek zamawiającego, tylko głupio pisząc na dodatek głupio się pomylił – inaczej powyższy zapis nie miałby żadnego sensu. Można powiedzieć, że z punktu widzenia kupującego to zapis idealny – nie będę miał z czego, to ci nie zapłacę. Furda z tym, że ja zamówiłem, że coś dostałem – mam puste kieszenie i koniec. O bezpodstawnym wzbogaceniu chyba tam nie słyszeli.

Co kierowało autorem tego zapisu? Zapewne chęć zabezpieczenia interesów zamawiającego w jak najszerszy sposób. W tak szeroki, że pominięty został zdrowy rozsądek i zwykłe zasady uczciwości. Klasyczny przykład przerzucania każdego możliwego ryzyka na wykonawcę. A może raczej nie klasyczny – bo tak daleko idący, że trudno już pójść bardziej. Swoją drogą, tak daleko idący, że aż nieważny na podstawie art. 58 kc. To przerzucanie ryzyk aż do skrajności to choroba, która wciąż dotyka wielu zamawiających. Niedostrzegających, że w ten sposób tylko pozornie dbają o interes swojej instytucji. Bo w praktyce powodują, że dostają oferty od wariatów niekalkulujących ryzyka (co jest dużą szansą na kłopoty na etapie realizacji) albo od ludzi, którzy starają się ryzyko kalkulować realnie, ale drogie (przez co zwykle przegrywają przetargi, a jeśli wygrają – kosztuje to zamawiającego znacznie więcej, niż gdyby postawił warunki normalne).

W tej samej umowie kwiatków było więcej. M.in. uprawnienie do rozwiązania umowy przez zamawiającego z winy wykonawcy w najbardziej bagatelnych sytuacjach. Jakże często zamawiający nie rozumieją, że wpisując jako podstawę odstąpienia czy wypowiedzenia umowy jakiekolwiek naruszenie jakiegokolwiek postanowienia umowy czy jakiekolwiek nienależyte wykonanie obowiązków strzelają do wróbla z armaty. I znowu – generują po stronie wykonawcy ryzyko ogromne i wręcz niemożliwe do oszacowania. Nie ma umów realizowanych idealnie. Nie ma umów, w których nie zdarzy się jakieś naruszenie albo umowy albo przepisów. Ot, choćby kierownik wlezie na budowę bez kasku. I co teraz? Łaska albo niełaska zamawiającego. Jasne, za brak kasku umowy w praktyce nie rozwiąże, bo sam by sobie strzelił w kolano. Ale kto wie? Może wręcz będzie szukał pretekstu? A jeśli nawet nie – to gdzie jest granica? Tego nie wie nikt. A skoro brak tu jakiegokolwiek ograniczenia, to jak składać ofertę, jak przyjmować na siebie zobowiązanie?

Ps. Przesłanką do rozwiązania tej samej umowy było też działanie naruszające dobre imię zamawiającego. Znowu otwiera się pole do interpretacji. Jak wykonawca zażąda odsetek za opóźnienie w zapłacie i trafi to do prasy, to można będzie interpretować to różnie…

Pps. Muszę zaznaczyć, że nie było to postępowanie realizowane w oparciu o przepisy ustawy Prawo zamówień publicznych (pojawiło się w Bazie Konkurencyjności), ale to właściwie nic nie zmienia.

Link: https://bazakonkurencyjnosci.funduszeeuropejskie.gov.pl/ogloszenia/175734

2 komentarze do: “O pustej kieszeni

  1. Aż złapałam się za głowę. Do niektórych zamawiających nie dociera, że całe ryzyko, wszystkie te ciekawe pomysły znajdą odzwierciedlenie w zawyżonej cenie, o ile w ogóle da się to wycenić, albo nie będzie żadnych ofert. Do głowy im nie przyjdzie, że tak szkodzą finansom publicznym, bo z jakiego powodu budzet panstwa ma placic za takie przesadne „zabezpieczenia” pracowników zamawiającego, którzy w swojej niepojętej, dyletanckiej naiwności uważają, że tak wygodniej dla nich dowiozą kontrakt. Rzeczywistość jest zupełnie inna, a niektórym zamawiającym wydaje się, że skoro płacą to mogą sobie wpisać w umowę wszystko to, co im wyobraźnia podpowiada, niepojęte.

Skomentuj Grzegorz Bednarczyk Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *