Kryterium oceny ofert: termin płatności

Przez niemal całe dwa ostatnie tygodnie z ust nie schodziły mi kryteria oceny ofert. W najróżniejszych kombinacjach. Kryteria złe – przykłady, jak nie należy robić, i kryteria dobre – na których można co nieco się wzorować. Pomiędzy tymi pierwszymi przewijało się kryterium terminu płatności – wciąż niekiedy stosowane przez zamawiających. Cóż, niekiedy można ich zrozumieć. Najpierw jednak o zasadzie, potem o wyjątkach.

Była sobie swego czasu uchwała Sądu Najwyższego z 18 lutego 2002 r. (sygn. akt III CZP 52/02). SN stwierdził wówczas, że kryterium takie (termin płatności właśnie) jest kryterium jak najbardziej dopuszczalnym – nie dość, że niewątpliwie związanym z przedmiotem zamówienia, to na dodatek poniekąd wprost w ustawie wymienionym. Co prawda nie w katalogu przykładowych kryteriów (obecnie art. 91 ust. 2 Pzp), ale tam, gdzie mowa o odczytywanych podczas otwarcia ofert tychże ofert elementach (obecnie art. 86 ust. 4 Pzp). I w sumie racja: jest to element związany z przedmiotem zamówienia, a zatem co do zasady może stanowić kryterium oceny ofert. Ale to nie koniec…

Takie kryterium oceny ofert często gęsto ma wagę rzędu nawet i 10%. Wyobraźmy sobie zamówienie publiczne o wartości 100 zł. I zamawiacza, który ustawia kryteria oceny ofert o wagach cena – 90% i termin płatności – 10%. Czemu? Bo tak. Bo jak dam 1%, będzie „głupio wyglądało”. Często niestety zdarza się, że wagi kryteriów bywają brane z sufitu, a nie z jakiejś racjonalnej analizy. W naszej sytuacji może się zatem okazać, że dostaniemy dwie oferty: jedną z ceną 100 zł i terminem zapłaty 30 dni, drugą zaś – droższą: z ceną 110 zł i terminem zapłaty 120 dni. Wygrywa oferta druga, droższa: o niecały punkcik, ale jednak. Czy jednak jest ona faktycznie korzystniejsza dla zamawiającego? Na pierwszy rzut oka widać, że jest droższa. Ale dłuższy termin zapłaty wcale go nie rekompensuje.

Jeśli pójdziemy – jako zamawiający – do banku i poprosimy o 100 zł kredytu, będzie on kosztował parę złotych rocznie. Dla uproszczenia można przyjąć, że 8 zł. A zatem kredyt na trzy miesiące to 2 zł. Zamawiający płacąc później zyskuje – jeśli przeliczyć to na czystą gotówkę 2 zł, a przez wyższą cenę traci tych złotych 10. Wykonawca odwrotnie – traci 2 zł, a zyskuje 10 zł więcej. A zatem wybór w oparciu o takie kryteria nic z sensownym bilansem ekonomicznym nie ma. Kryteria z sufitu – jedna z najgorszych zbrodni zamawiacza. Na dodatek w przypadku takiego kryterium zamawiającemu grozi coś jeszcze. Zapłaci zamawiający należność sto dwudziestego dnia, a wykonawca przyjdzie do niego i zapyta: „A gdzie odsetki?” Jakie odsetki, w końcu zapłaciliśmy w terminie?

Tymczasem jednak mamy ustawę o terminach zapłaty w transakcjach handlowych. Dotyczy ona umów zawieranych w związku z wykonywaną przez strony działalnością gospodarczą (jest parę wyjątków, m.in. umowy finansowane ze środków pomocowych UE). I wbrew pozorom sporo umów zawieranych przez podmioty publiczne w drodze zamówień publicznych ma taki charakter. Bardzo znacząca jest tu uchwała Sądu Najwyższego z 13 stycznia 2006 r. (sygn. akt III CZP 124/05), gdzie stwierdzono, że nawet wykonywanie zadań własnych gminy (w tamtym wypadku – budowa boiska sportowego) może być uznane za związane z działalnością gospodarczą. A zatem może się okazać, że wykonawcy zapłacimy, a on i tak zażąda od nas odsetek. I choćby w umowie napisać, że te się nie należą – nie ma to żadnego znaczenia. Ba, nawet jeśli w umowie wpiszemy nasz termin zapłaty – 120 dni – to i tak od 31 dnia wykonawcy należą się ustawowe odsetki. Wszelkie bowiem zapisy umów niezgodne z tą ustawą są – z mocy jej art. 9 – po prostu nieważne.

A wyjątek? Cóż, niekiedy zamawiacz po prostu nie będzie w stanie dostać kredytu. Warto czasem zatem nawet za taką cenę zaciągnąć kredyt kupiecki (z ryzykiem odsetek), jeśli inaczej swoich statutowych zadań wypełniać nie będziemy. Ale nikomu tego nie życzę…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *