O działalności edukacyjnej UZP

Pół roku temu pisałem w szponach o „Informatorze UZP”. A raczej o jego braku, bo był to czas, gdy długo czekaliśmy na kolejne wydanie periodyku, który wcześniej przyzwyczaił nas do comiesięcznej obecności. Okazało się, że przypuszczenia o nieoczekiwanej śmierci „Informatora” były przedwczesne, kolejne bowiem edycje pojawiły się na stronie internetowej UZP. Pierwsza po dwóch miesiącach, następna – po kolejnych czterech, ostatnie zaś – po trzech. „Informator” tym samym stał się znacznie mniej użytecznym narzędziem dla uczestników rynku zamówieniowego. Wszak wybór orzecznictwa w nim dostępny dostaje się w ręce czytelnika ze znacznie większym opóźnieniem niż dotychczas.

Nie byłoby to tragedią, gdyby użytkownik systemu zamówieniowego dostał coś w zamian. Tymczasem dostaje niewiele. Na stronie UZP znajdujemy kwiatki w postaci „jabłek i pomarańczy”, których nijak w zakres obowiązków ani w misję Prezesa UZP wpisać nie potrafię (miejsce na publicystykę jest w gazetach), albo analizę statystyczną kryteriów po ostatniej nowelizacji, która użytkownikowi systemu niczym nie służy (no, może poza sprostowaniem z ostatniego akapitu). Publikowane krótkie omówienia elementów ostatniej nowelizacji w niewielkim stopniu podsuwają propozycje rozwiązań praktycznych problemów, z jakimi będzie zmagać się przeciętny użytkownik ustawy (o przykładowych wzorach zaś możemy na razie tylko śnić).

Kilka miesięcy temu, gdy uczestniczyłem w imprezie organizowanej przez UZP, do ręki dostałem drukowany egzemplarz „Zeszytów Orzeczniczych” nr 16. Jeśli wierzyć stronie tytułowej – wydany w lipcu. Wydawnictwo bezcenne, choć wydawane z nieco zbyt wielkim opóźnieniem. Problem w tym, że na stronie UZP wciąż znajduje się tylko 15 numerów. Szesnastego – ani widu, ani słychu, choć od lipca minęło pięć miesięcy… Ba, jak donoszą czytelnicy, ponoć i drukowany nr 17 jest już w obiegu. Problem w tym, że nie mam okazji zajrzeć w miejsce, w którym można ową materialną wersję otrzymać – tak jak i setki albo i tysiące innych potencjalnie zainteresowanych osób. Nie jestem w stanie w najmniejszym stopniu zrozumieć, dlaczego p.o. Prezesa UZP nie udostępni tych materiałów na stronie internetowej UZP, choć przecież nie wiąże się to z żadnymi problemami ani kosztami (cóż, elektroniczna wersja na pewno istnieje, skoro na świecie jest drukowana)? Dlaczego – nawet jeśli to zrobi wkrótce – przychodzi na nie czekać miesiącami od wydania? W dzisiejszych czasach takie wydanie powinno być priorytetem, papierowa wersja zaś – luksusowym dodatkiem, na który być może nie warto marnować publicznych pieniędzy.

P.o. Prezesa UZP może oczywiście się bronić – przecież orzeczenia są publikowane na FTP. Problem tylko w tym, że wszelkie bazy danych mają nader minimalną użyteczność, jeśli nie ma skutecznego interfejsu pozwalającego na ich przeszukiwanie lub narzędzi je porządkujących. „Zeszyty Orzecznicze” podają nie całe wyroki, ale wyciągnięte z wyroków tezy, zapewne wyselekcjonowane wedle jakiegoś racjonalnego kryterium, usystematyzowane wedle przepisów, których dotyczą. Ten problem zresztą dotyczy i innych form dzielenia się przez Urząd swą wiedzą, np. wyników kontroli Prezesa UZP. Parę dni temu pojawiły się w prasie doniesienia o tym, jak Prezydent RP zamierza rewolucjonizować zasady funkcjonowania fiskusa. Pośród palących bolączek, do których się odnosi, jest także kwestia publikacji interpretacji podatkowych – owszem, baza istnieje, ale jest nieprzejrzysta i trudno w niej coś znaleźć. UZP robi dokładnie to samo – publikuje, ale wobec braku narzędzi pozwalających na sensowne odnalezienie odpowiednich wątku, publikacje nie przydają się na wiele.

Zresztą, rezerwuar wiedzy, którą Urząd mógłby podzielić się z użytkownikami jest o wiele większy. Wszak niejeden raz UZP odpowiada na pytania użytkowników dotyczące interpretacji przepisów Pzp. Dlaczegóż tego nie publikować? UZP kontroluje postępowania i nie tylko znajduje błędy, ale i takie wzory, które byłoby warto naśladować. Dlaczego nie dzielić się tymi wzorami?

Żywiej jest na innym polu. Na stronie internetowej dość często pojawiają się hasła: seminarium tu, konferencja tam. Często po paru godzinach mamy komunikat: „brak miejsc”. Zastanówmy się jednak, do ilu ludzi dotrą treści z tych seminariów lub konferencji. Przeciętny „Informator” czy „Zeszyty Orzecznicze” zapewne miało w rękach najmarniej parę tysięcy osób. W przeciętnym seminarium weźmie udział – góra paręset. Publikacja na www była darmowa, a czas na jego lekturę można było wygospodarować w kawałkach, między tworzeniem kolejnych specyfikacji albo wyceną kolejny ofert przetargowych, choćby i w tramwaju do domu. Zaś aby wziąć udział w przeciętnym seminarium, trzeba poświęcić czas i pieniądze (tak, seminaria są darmowe, ale trzeba tam dojechać). Zasięg takiej formy edukacji jest nieporównanie mniejszy od publikacji elektronicznych. Skuteczność także – słowo powiedziane natychmiast ulatuje, do słowa zapisanego można wrócić.

Ps. Swoją drogą, właśnie ptaszki ćwierkają iż tymczasowość na stanowisku Prezesa UZP nie zostanie wzruszona, mimo rozstrzygniętego konkursu na stanowisko Prezesa. A tymczasowość naprawdę gorsza jest od stabilizacji…

2 komentarze do: “O działalności edukacyjnej UZP

  1. Sprostowanie z ostatniego akapitu w Analizie statystycznej kryteriów po ostatniej nowelizacji było konieczne, nie naprawia jednak szkody – wielu spośród tych, którzy przeczytali Rzepę a w niej o tych 10 procentach, nie przeczyta ostatniego akapitu Analizy… Płakać się chce.
    Zgadzam się z „tymczasowością”, zwłaszcza że moment mamy przełomowy i powinna powstawać piękna, nowa i świeża regulacja ustawowa. Proces nie ma gospodarza, czasu na implementację już prawie nie ma, rok czasu stracony, idą wybory… Teraz to już płaczę :))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.