O wynikach ankiety UZP

Kilka tygodni temu, pod sam koniec ubiegłego roku, nawiązywałem w „szponowym” tekście do ankiety ogłoszonej przez Prezesa UZP w zakresie przeglądu i oceny rozwiązań ustawy Pzp, a w gruncie rzeczy – pomysłów na jej zmiany. Dziś znamy wyniki tej ankiety i w gruncie rzeczy nie zaskakują. Owszem, można było zastanawiać się, jak wykonawcy zareagują na propozycję podniesienia progu stosowania ustawy, ale to kilka innych odpowiedzi w tym badaniu budzi moje zastanowienie.

Tylko jedna z tych kwestii związana jest z pytaniami o charakterze zamkniętym – mianowicie mocno zaskoczyły mnie odpowiedzi zamawiających dotyczące wprowadzenia w ustawie limitu odpowiedzialności odszkodowawczej (dokładnie tego problemu, o którym pisałem we wspomnianym na wstępie tekście). Nie, żebym się kłócił z kierunkiem, w którym idą (choć uważam, że ustawa powinna nakazywać wprowadzenie limitu, ale nie powinna go określać). Zaskakuje co innego – że chociaż mało który zamawiający taki limit w swoich dokumentach zamówienia wprowadza, pomysł wprowadzenia limitu w ustawie poparła większość zamawiających uczestniczących w ankiecie – aż 57%. Taki rozziew między teorią i praktyką. Cóż, może to wynika z faktu, że osoby zajmujące się zamówieniami widzą, że limit to coś sensownego, ale inne „siły” w ich instytucjach przeważają.

Cóż, to zaskoczenie jest raczej pozytywne. Kilka jednak propozycji zmian w przepisach, które pojawiają się w wyliczeniu odpowiedzi na ostatnie pytanie, otwarte, raczej mnie niepokoi. Pierwsza z nich dotyczy nieszczęsnego art. 95 ustawy Pzp, którym ustawodawca próbuje wyręczać odpowiednie organy rękami zamawiających. Przyklaskuję pierwszej części postulatu, który się pojawił – tj. rezygnacji z art. 95. Ale czemu miałoby służyć proponowane alternatywnie „wprowadzenie sztywnych jednoznacznych zapisów”? Jasne, być może zamawiającym żyłoby się w wielu przypadkach ciut łatwiej, ale „sztywne i jednoznaczne zapisy” spowodowałyby pewnie wylanie dziecka z kąpielą. Swoją drogą, fajnie by było, gdyby ktoś przeprowadził badania, w których oceniłby wpływ przepisów Pzp na rynek w wybranych branżach.

Druga propozycja, którą oceniam negatywnie, to propozycja pomysłu z certyfikacji wykonawców „z uwagi na trudność egzekwowania i stworzenie przestrzeni do nadużyć”. Cóż, egzekwowanie zaskakuje, bo przecież nie ma mowy o obowiązkowej certyfikacji wykonawców – a jedynie dobrowolnej. Nie ma zatem czego egzekwować, można co najwyżej zachęcać. Zaskakuje też „tworzenie przestrzeni do nadużyć”, bo choć indeks korupcji w naszym kraju spada, a i mam subiektywne wrażenie, że „indeks czystości przetargów” ma się coraz lepiej, to wciąż większe pole do nadużyć stwarza każdy przetarg, a nie sama certyfikacja. Jasne, w 100% ryzyka nadużyć nie usuniemy, i tu, i tu, ale nie rozumiem, dlaczego certyfikacja miałaby sprawę pogorszyć.

Bardzo nie podoba mi się też ostatnia propozycja w całej litanii – aby platformy zakupowe miały możliwość blokowania ofert niepodpisanych lub źle podpisanych przez wykonawców. Cóż, kolejny pomysł z gatunku „wyłączmy myślenie”. Jasne, wykonawcom przydaje się sygnał o tym, że z podpisem może być coś nie tak. Problem jednak w tym, że narzędzia do weryfikacji podpisów nigdy nie osiągną 100% doskonałości. I nawet sygnał platformy, że coś jest nie tak z podpisem, nie musi być spowodowany faktycznym problemem dyskwalifikującym wykonawcę, a zastrzeżeniem, które po prostu wymaga sprawdzenia.

Te już kilka lat doświadczeń z podpisami elektronicznymi w zamówieniach publicznych jasno wskazują, że jest to sprawa nie zawsze łatwa do rozstrzygnięcia, a elektroniczne instrumenty (często dające sprzeczne ze sobą wyniki) tylko pomagają w jej ocenie, ale nigdy w 100% nie wyręczą zamawiającego od ceny danego przypadku. Oddanie decyzyjności w ręce maszyny (bo to o to tu chodzi – aby oprogramowanie zdecydowało za nas, czy podpis jest dobry czy nie, aby to oprogramowanie podejmowało decyzję równoznaczną z decyzją o odrzuceniu oferty!) jest pomysłem absurdalnym – przynajmniej dopóty, dopóki nie stworzymy mechanizmów, które faktycznie będą dawały rękojmię poprawnego działania. Ale jakoś nie sądzę, byśmy się tego doczekali, zwłaszcza biorąc pod uwagę doświadczenia z rozmaitością podpisów z całego świata.

I na koniec jedna otwarta wypowiedź, jeszcze jeden pomysł, którego sam nie potrafię ocenić. Chodzi mianowicie o wniosek, aby KIO rozpatrywało odwołanie bez udziału stron, tylko na podstawie dokumentów przez nie przesłanych. Cóż, występowanie przez arbitrami to zwyczaj tak zakorzeniony w naszej świadomości, że trudno nagle tę wizję przekreślić. Kto wie, może autor ma trochę racji. Jednak mam wrażenie, że więcej sensu miałoby wprowadzenie do KIO zwyczaju sygnalizowania przez skład, w którą stronę i dlaczego podąża.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *