O rozmawianiu

Zamek/urząd - rys. Wanda Bednarczyk

Rys. Wanda Bednarczyk

Dzisiaj nie będzie o niczym nowym. Przeciwnie – temat ten wprost lub na marginesie poruszałem w „szponach” niejednokrotnie (ostatnio – dosłownie kilka tygodni temu). Ale przysłano mi niedawno SWZ z takim oto pięknym punktem: „Jednocześnie Zamawiający informuje, że przepisy ustawy nie pozwalają na jakikolwiek inny kontakt – zarówno z Zamawiającym jak i osobami uprawnionymi do porozumiewania się z Wykonawcami – niż wskazany w niniejszym rozdziale. Oznacza to, że Zamawiający nie będzie reagował na inne formy kontaktowania się z nim, w szczególności na kontakt osobisty w swojej siedzibie”. Dodajmy, że „niniejszy rozdział” przewidywał tylko komunikację elektroniczną.

Z jednej strony – zamawiającego można próbować zrozumieć. Wszak od zawsze walczymy z korupcją w zamówieniach publicznych, a osobisty kontakt jest do tego elementem niemalże nieodzownym. Jednak czy takim zapisem zamawiający uchroni się przed potencjalnie złą wolą swojego pracownika, który będzie w jakichś – właśnie – osobistych konszachtach z wykonawcami? Oczywiście, że nie. Jeśli ktoś chce ustawić przetarg, ten kawałek papieru w niczym mu nie przeszkodzi. Cóż więc ten zapis daje? Co najwyżej stanowi informację: my jako Zamawiający chcemy mieć czyste ręce za wszelką cenę i nie chcemy by okazja czyniła złodzieja. Jak to odczyta potencjalny wykonawca? Cóż, mam wrażenie, że się uśmieje albo zapłacze, jeśli pomyśli o zamawiającym, który nie chce rozmawiać z wykonawcami.
Czytaj dalej

O pomaganiu wykonawcom

Ustawa prawo zamówień publicznych jaka jest, każdy widzi. Ponad 600 artykułów, kilkanaście aktów wykonawczych, nie wspominając o interpretacjach, które wynikają z orzecznictwa… Co nowa ustawa, to mowa była o tym, że ma być łatwiej, ale było odwrotnie – im bardziej oddalamy się od 1994, tym zamówienia publiczne stają się coraz bardziej hermetyczne. Specyfikacje rzadko tłumaczą ustawę na polski, bo zamawiający siłą rzeczy posługują się językiem tej ustawy. I coraz częściej jest tak, że przeciętny wykonawca nie mający doświadczenia w tej branży, nie jest w stanie rozeznać się we wszelkich niuansach, którego jego dotyczą, a czasami nawet – odpowiednio złożyć oferty i dokumentów. Konieczna jest pomoc z zewnątrz, a i tu nie każdy prawnik posłuży pomocą.

Niektórzy wykonawcy w takich sytuacjach zaczynają szukać pomocy jednak nie u prawnika, ale gdzie indziej – u zamawiającego. No cóż, poniekąd rozsądnie, bo przecież komu jak nie zamawiającemu powinno zależeć na tym, żeby dostać od nich oferty. Im więcej ofert, im większa konkurencyjność, tym większa szansa na przyzwoite warunki realizacji zamówienia. Problem pojawia się jednak w tym, że mamy do czynienia z dwoma stronami postępowania, a na dodatek z nich dwóch to właśnie zamawiający jest związany większą liczbą zasad i ograniczeń. I z tą pomocą ze strony zamawiającego bywa czasami krucho.
Czytaj dalej

O porządku i nieporządku

Na świecie są dwa rodzaje ludzi. Pedanci i bałaganiarze. Oraz całe spektrum stopni pośrednich. Są tacy, którzy układają na półkach książki alfabetycznie lub rozmiarami oraz tacy, którzy nie przejmują się, dopóki mają w okolicach zlewu miejsce na położenie brudnych naczyń. W zamówieniach publicznych jest nie inaczej. Są tacy, którzy o porządek w papierach dbają i są tacy, dla których nie ma to znaczenia. Jako człowiek, któremu nieco bliżej do tej pierwszej grupy, przeżywam katusze zawsze, gdy stanę w obliczu dokumentów przygotowanych przez ludzi tego drugiego gatunku.

A tacy zdarzają się zarówno po stronie zamawiających, jak i wykonawców. I patrząc na to, jak często w dokumentach przez nich przygotowywanych zdarzają się braki, mam wrażenie, że bałaganiarstwo znacznie powiększa ryzyko popełnienia błędu. W przypadku zamawiających takim błędem będą braki w papierach, niezauważone problemy, a także – jeśli bałagan przekłada się na treść SWZ – stworzone na własne życzenie kłopoty z ofertami. No bo przecież, jeśli jasno nie sformułuje się wymagań w SWZ, efektem jest pomieszanie po stronie wykonawców i większe prawdopodobieństwo błędów i braków. Niedawno miałem do czynienia z takim przypadkiem, w którym na pozór wszystkie wymagania dotyczące oferty były zebrane w jednym miejscu, ale po ocenie ofert okazało się, że w którymś z załączników był dopisek na końcu, którego żaden z wykonawców nie zauważył. Efekt – w najlepszym przypadku strata czasu, w najgorszym strata dobrych ofert. A już nie wspominam o irytacji członków KIO czy stracie czasu przy przygotowywaniu protokołu lub sprawozdania. W przypadku wykonawców – skutkiem bałaganiarstwa są najczęściej braki w ofertach, których przecież w nieskończoność uzupełniać się nie da (a w niektórych przypadkach – w ogóle).
Czytaj dalej

O pomysłach na inne zmiany epidemiczne

Kolejna podróż do Warszawy, kolejne doświadczenia z orzekaniem epidemicznym (tym razem nieco gorsze, bo ze stroną, która chciała uczestniczyć na rozprawie w cztery osoby, a pismo procesowe przywiozła ze sobą) i okazja do nadrabiania zaległości w lekturze zamówieniowej. No, może niekoniecznie zaległości, bo zabrałem ze sobą też ostatni, majowy numer „Doradcy”. W nim szczególnie ciekawy okazał się artykuł Włodzimierza Dzierżanowskiego z 10 pomysłami na zamówienia publiczne w warunkach epidemii. Część jako pomysły na rozwiązania, które mogą być korzystne dla samych zamówień, część jako pomysły na rozwiązania do użycia zamówień w ratowaniu gospodarki. Bardzo konkretne pomysły.

Części przyklaskuję ogromnie – o, choćby wizja rozpraw elektronicznych, zmuszenia stron do stanowisk pisemnych i ograniczenia wystąpień do odpowiedzi na pytania Izby ma bardzo dużo uroku. O ileż to uprościłoby życie. Nad skutecznością paru innych muszę się poważnie zastanowić: na przykład sam nie jestem entuzjastą sposobu wykonania nowej ustawy (zwłaszcza jej obszerności i drobiazgowości, które na pewno stanowią element odstraszający), ale czy odsunięcie wejścia jej w życie o pół roku faktycznie coś zmieni?
Czytaj dalej

O check-listach

Z przyjemnością przeczytałem ostatnio tekst Dariusza Koby z jednego z ostatnich numerów „Doradcy” dotyczący przenoszenia zamówień publicznych do internetu. Nie wiem, czy mogę się w stu procentach zgodzić z wizją zagrożeń dla efektów udzielania zamówień z powodu komunikacji elektronicznej i unikania kontaktu osobistego, szczególnie, że niewiele się zmienia w praktyce w stosunku do dotychczasowego stanu rzeczy – też tego kontaktu w zamówieniach jest niewiele, tylko komunikacja jest częściowo na papierze. Co nie znaczy, że nie byłoby lepiej, gdyby – niezależnie od tego, czy mamy internet, czy papier – tego kontaktu było nieco więcej :) Każde narzędzie po prostu można stosować z głową.

Jednak tematem mojego tekstu nie będzie elektronizacja ale generalne odczłowieczenie zamówień. Autor wspomnianego na wstępie tekstu przywołał przykład kontroli działającej na podstawie przygotowanej wcześniej check-listy i automatycznie przypisujących negatywne odpowiedzi do naruszeń przepisów. Mam wrażenie zresztą, że obecności owej check-listy w tym przypadku możemy się tylko domyślać. I nie wiem też, czy nie doszło tu do faktycznego naruszenia przepisów – z wysokością ubezpieczenia oc wymaganego od wykonawców w postępowaniach mamy nieustające problemy.
Czytaj dalej

Jeszcze raz o terminach składania ofert i innych patologiach

Dziś będzie nietypowo, bo o pewnym bardzo konkretnym przypadku, który stanowi doskonałą ilustrację tekstu sprzed trzech tygodni, a także i paru innych patologii. Konkretnym przypadku, który na potrzeby niniejszego tekstu postaram się jakoś go „zanonimizować” :) Rzeczone ogłoszenie znalazłem w codziennym raporcie o ogłoszonych publicznie postępowaniach na temat, który mógłby zainteresować mojego pracodawcę jako wykonawcę, który dostałem we wtorek po południu. Przedmiot zamówienia – organizacja konferencji naukowej. Zamawiającym był podmiot niezobowiązany do stosowania ustawy, ale dysponujący pieniędzmi publicznymi – środki (krajowe, a nie unijne) przyznała na dofinansowanie jedna z centralnych instytucji. A instytucja ta ma zwyczaj w umowach o tego typu dotacje wpisywać, że pieniążki należy wydawać wybierając wykonawców z zachowaniem zasad uczciwej konkurencji, równego traktowania i przejrzystości. I trudno domniemywać, aby w tym przypadku miało być inaczej.

Już sam temat postępowania zwrócił uwagę. To coś jakby instytucja odpowiadająca za obronność kraju przyznała kasę organizacji promującej wegetarianizm na organizację konferencji na temat „Taktyka wojenna wegetarian” (wszystko w imię anominizacji – ani to wegetarianie, ani obronność, ale związek faktycznych tematów można uznać za tylko ciut mniej egzotyczny). Sam temat zaintrygował, bo tego samego dnia w prasie rzucił mi się w oczy nagłówek, że braknie pieniędzy na emerytury i trzeba będzie je przykrawać. A tu taka niespodzianka. Czyli jednak pieniążków jest w bród, skoro z rządowych środków finansujemy takie cuda :) Ale w gruncie rzeczy nie chodzi mi tu o sam temat – zresztą, może moja ocena egzotyki jest ciut przesadzona – ale o samo postępowanie.
Czytaj dalej

O zamówieniach w sieci – po roku

Nie jest to może tak uświęcona tradycja jak pochód krakowskich szopkarzy ruszający spod Adasia w południe pierwszego grudniowego czwartku, ale zdarzało mi się już w okresie świąteczno-noworocznym nie zajmować się tutaj rozwiązywaniem zamówieniowych problemów, ale po prostu wskazywać inne miejsca w sieci, gdzie można o tym poczytać – w ramach poszukiwania tematów mniej obciążających mózgownicę, zwłaszcza wobec konieczności ubierania bańkami drzewka i późniejszego permanentnego objedzenia :) Tym razem też tak będzie – zainspirowany komentarzem Tomasza Zalewskiego pod zeszłorocznym tekstem na temat zamówieniowych blogów, postanowiłem uruchomić zestawienie zamówieniowych aktualności ze stron podobnych do „szponów” – karmionego za pomocą RSS. Są tam (przynajmniej teoretycznie) wpisy z ostatnich 56 dni, każda strona jest sprawdzana raz dziennie. Zobaczymy, czy technika nie zawiedzie. Dostępne jest w menu u góry pod hasłem „W sieci”. Może komuś się przyda :)

Oczywiście, owo zestawienie nie jest kompletne. Z pewnością nie dotarłem do wszelkich tego typu stron w sieci, zresztą cały czas powstają nowe. W paru wypadkach mechanizm z nieznanych powodów nie działa (być może coś nie tak z kanałem RSS, w paru wypadkach mechanizm prawdopodobnie głupieje od polskich czcionek stosowanych w adresach www). Są też cenne skądinąd strony, które w ogóle nie mają swoich kanałów RSS (co dziwne, bo niezależnie od moich potrzeb, RSS to w ogóle świetne narzędzie dla czytelników stron, zapewniające im automatyczną informację o każdym nowym wpisie bez konieczności regularnego sprawdzania tejże strony – coś jak newsletter, ale całkowicie automatyczny, całkowicie pod kontrolą użytkownika i bez przetwarzania danych osobowych :)). Z kolei celowo pominąłem te strony, na których przez ostatni rok nic na temat zamówień publicznych się nie pojawiło lub zamówienia giną przysypane innymi tematami. No i parę, na których dominują reklamy. Jest więc na ten moment 16 stron (plus „szpony”), choć nie wszystkie widać, bo na niektórych w owych 56 ostatnich dniach nie było nowości.

Jeżeli ktoś zna stronę, której brakuje (np. sam taką uruchomił) – proszę o maila lub komentarz.

O poszukiwaniu straconego czasu

Tydzień temu pisałem o skracaniu przez zamawiających terminu składania ofert względem ustawowych minimów nawet wtedy, gdy przepisy na to nie pozwalają. Jednym z elementów tej układanki jest zapewne nieszczęśliwy zapis w formularzu ogłoszenia o BZP. Jednak głównym powodem tego, że zamawiający w ogóle myśli o skracaniu terminów ustawowych (niekiedy i tak przecież krótkich) jest to, że postępowanie o zamówienie publiczne często bywa ofiarą nadmiaru pracy, chaosu organizacyjnego, zapominalstwa, lenistwa itp.

Chyba każdy człowiek występujący w zamówieniach spotkał się z przypadkiem, gdy postępowanie o zamówienie publiczne jest traktowane wyłącznie w kategoriach nadmiernie uciążliwej biurokracji, przedłużającej cały proces realizacji zamówienia, zamiast w kategoriach narzędzia pozwalającego na racjonalizację wydatków. Ba, jako zło wcielone. Jednym z głównych wrogów w takim przypadku jest czas. A grzechem pośpiech. Wynikający zwykle z robienia przetargu na ostatnią godzinę.
Czytaj dalej

O biurokracji

Nie trzeba chyba żadnemu z czytelników mówić o tym, że postępowania o zamówienie publiczne cieszą się dużą dozą formalizmu. Zamawiający wzywa do czegoś wykonawcę, odpowiada na pytania – co do zasady czyni to za pomocą słowa pisanego. Wykonawca jest zmuszany do składania szeregu dokumentów, najczęściej wciąż w formie papierowej. Zamawiający dokumentuje swoje czynności prowadząc protokół postępowania według wzoru określonego w odpowiednim rozporządzeniu. Zresztą, długo by mówić.

Opisane wyżej sytuacje wynikają mniej lub bardziej bezpośrednio z przepisów. Przepisy mają bowiem dwa cele, które na pozór są sprzeczne: z jednej strony umożliwienie racjonalnego wydatkowania pieniędzy, ale z drugiej umożliwienie kontroli nad tym wydatkowaniem (i to nie tylko kontroli w rozumieniu czynności odpowiednich organów, ale także takiej przejrzystości, która umożliwiłaby wykonawcom nadzór nad czynnościami zamawiającego). Biurokracja jest zatem nie do uniknięcia, bo ten drugi cel jest możliwy do realizacji tylko wtedy, jeśli czynności stron postępowania są odpowiednio udokumentowane. Często jednak bywa tak, że tej biurokracji bywa więcej niż wynika do z przepisów. Albo tak, że jedna strona nie pamięta o tym, że biurokracja po drugiej stronie spowalnia podejmowanie określonych czynności.
Czytaj dalej

O systemie Vickrey’a

W systemach zamówień na całym świecie dominują trzy podstawowe modele wyboru kontrahenta i określenia wysokości ceny:
– aukcyjny, w którym zainteresowani wykonawcy licytują i stopniowo obniżają cenę, aż żaden z wykonawców nie obniży ostatniej zaoferowanej ceny. Wynagrodzenie odpowiada wysokości najkorzystniejszego postąpienia w licytacji;
– jednej oferty („first-price”), w którym wykonawcy składają zamknięte oferty zawierające tylko jedną cenę, a zamawiający wybiera z nich ofertę najkorzystniejszą. Wynagrodzenie odpowiada cenie zaoferowanej w ofercie najkorzystniejszej;
– negocjacyjny, w którym określenie ceny następuje w wyniku bezpośrednich rozmów zamawiającego z wykonawcą lub wykonawcami.

Oczywiście, niekiedy te systemy są ze sobą na różne sposoby łączone, np. tryb ofertowy z uzupełniającymi negocjacjami, istnieją także różne ich warianty (np. model aukcyjny zwany holenderskim, w którym licytacja odbywa się odwrotnie – zamawiający deklaruje coraz wyższą cenę oczekując na pierwszego wykonawcę, który zgodzi się wykonać za nią zamówienie).
Czytaj dalej