O dostawach i robotach na rzecz Skarbu Państwa, samorządu oraz instytucyj prawa publicznego

Publikacja niniejszego tekstu wypadnie na dzień wyjątkowo niesprzyjający zamówieniowemu wysiłkowi umysłowemu (pasowałoby raczej wtedy ubierać choinkę, co osobiście planuję :)). Co prawda pamiętam z dawnych czasów 24 grudnia z czterema otwarciami ofert w przetargach na utrzymanie zieleni, nie jest to jednak wzorzec, z którego należałoby czerpać. Z drugiej strony jednak poniedziałek – dzień teoretycznie roboczy, więc i niech w szponach pokaże się jakiś zamówieniowy tekst. Choć może nie nadmiernie rewolucyjny i niedotykający nazbyt bolesnych problemów.

Z drugiej strony – czy przeformalizowanie systemu zamówień publicznych to nie jest problem bolesny? Spójrzmy na same liczby. Ustawa Prawo zamówień publicznych liczy ponad 200 artykułów, do tego jest kilkanaście aktów wykonawczych. Gdy porównać to z osiągnięciami prawodawców przedwojennych, efekt jest dramatyczny. Ustawa z dnia 15 lutego 1933 roku o dostawach i robotach na rzecz Skarbu Państwa, samorządu oraz instytucyj prawa publicznego liczyła sobie zaledwie 5 artykułów, z czego 3 nazwalibyśmy przepisami przejściowymi i końcowymi. Regulowała w zasadzie tylko dwie kwestie – zakres podmiotów objętych jej obowiązywaniem (poprzez wskazanie delegacji do wydania odpowiednich rozporządzeń) oraz zasadę powierzania zamówień podmiotom krajowym lub posiadającym odpowiedni kapitał w kraju i przy użyciu produktów/surowców krajowego pochodzenia.

Rozporządzenie wydane na jej podstawie (Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 29 stycznia 1937 roku o dostawach i robotach na rzecz Skarbu Państwa, samorządu oraz instytucyj prawa publicznego) to kolejne 50 paragrafów, z czego jednak część dotyczyła sposobu odbioru i rozliczenia wykonanych zamówień. I w zasadzie tyle. Cóż w tym rozporządzeniu było ciekawego? Patrząc przez pryzmat dzisiejszej praktyki zamówieniowej, obok wspomnianej już w ustawie podstawowej zasady „preferencji krajowej”, zwraca uwagę wiele szczegółów. Np. przepis zobowiązujący do wykluczenia nie tylko osób skazanych za przestępstwa korupcyjne i kilka innych (w tym za przestępstwa „z chęci zysku”), ale i osób, przeciwko którym prowadzone są dopiero postępowania karne – są podejrzane o popełnienie takich przestępstw.

Pamiętam grzech pierwotny, jaki niosła za sobą ustawa o zamówieniach publicznych z 1994 roku – nie wprowadzała dolnego progu stosowania, poniżej 1000 ECU pozwalała na stosowanie trybu zamówienia z wolnej ręki, jednak z wszelkimi formalizmami z nim związanymi (szybko to wówczas zmieniono, ale przez pewien okres był ogromny zamęt). Również i rozporządzenie z 1937 roku nie zawierało dolnego progu stosowania. Jednak dla zamówień poniżej 1000 zł przewidywało tryb „zakupu bezpośredniego za zwykłym rachunkiem”, który nie wymagał pisemnej umowy i nie niósł za sobą de facto żadnych obowiązków (poza koniecznością przestrzegania podstawowej zasady preferencji krajowej), a zatem w przeciwieństwie do ustawy z 1994 roku, nie powinno było stanowić to żadnego problemu w praktyce.

Ciekawym rozwiązaniem był sposób rozstrzygania przetargu w przypadku identycznych cen. Rozporządzenie zakładało w takiej sytuacji preferencję dla przedsiębiorstw lokalnych lub (zależnie od przedmiotu zamówienia) małych przedsiębiorstw. Cenny był też wymóg określenia przez zamawiającego – w przypadku zastrzeżenia możliwości ograniczenia zakresu – granicy takiej zmiany (a także granicy potencjalnego rozszerzenia). Jak często dzisiaj zdarza się, że zamawiający zastrzegają prawo ograniczenia zakresu, bez określenia jednak jakiegokolwiek limitu? Dość otwarty charakter z kolei miały zasady wyboru oferty najkorzystniejszej („biorąc pod uwagę całokształt warunków zgłoszonych przez oferentów, jakość oferowanych przedmiotów lub roboty, jako też solidność i pewność oferentów oraz ich uzdolnienie i techniczne przygotowanie do wykonania dostawy lub roboty, wreszcie ich zasoby finansowe”).

Trybów postępowania było w praktyce pięć – oprócz wspomnianego wcześniej „zakupu za rachunkiem” przetarg pisemny nieograniczony (tryb podstawowy), przetarg pisemny ograniczony (wymagający zaproszenia co najmniej pięciu wykonawców, po spełnieniu przesłanek określonych w ustawie), przetarg ustny (publiczny, do 5000 zł) i wreszcie zamówienie z wolnej ręki (o przesłankach stosowania całkiem podobnych do obecnych, w tym uwzględniono możliwość udzielania zamówień dodatkowych do 25% wartości zamówienia podstawowego).

Równie ciekawe jest to, czego w rozporządzeniu nie było, a z czym my borykamy się w ustawie. Nie było na przykład art. 26 ust. 2b albo art. 46 ust. 4a :) Nie było rażąco niskiej ceny (ale jest przecież wspomniany wyżej stosunkowo elastyczny sposób wyboru). Nie było odpowiednika art. 32. Nie było odpowiednika art. 38. Nie było przepisów o protokole (choć zapewne był zawsze taki wykonywany) czy trybów szczególnych (choć jedną z przesłanek zamówienia z wolnej ręki było zamówienie po konkursie). Przepisy o umowie zawierają listę tego, co umowa ma zawierać i zapisy o wysokości kar, właściwie nic innego.

Nie było wreszcie Prezesa UZP. Czy dzisiaj na pewno idziemy w dobrym kierunku? :)

Ps. Wesołych Świąt!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.