O protokołowaniu

Na długi weekend tekst nieco lżejszy i niezbyt merytoryczny, aczkolwiek związany z zamówieniami :) Jakiś czas temu, narzekałem na smutny los zamawiacza, który nieraz musi targać na swoich plecach tony dokumentacji, m.in. w celu przedłożenia oryginałów papierów przed KIO. Życie jednak nie jest aż tak złe – UZP przyjmuje (acz chyba niezbyt chętnie) dokumentację w formie skanów potwierdzonych za zgodność z oryginałem za pomocą odpowiedniego (certyfikowanego i kwalifikowanego) podpisu elektronicznego. Nie ma zresztą innego wyjścia. Wysyłać do KIO kopii akt w takiej formie dotąd nie próbowałem, ale w zasadzie formalnych przeszkód być nie powinno (wypada jednak zadbać o wygodę orzekających przynajmniej w tym zakresie, w jakim jest to niezbędne). A mając się stawić przed KIO z oryginałami można pisać do Prezesa Izby z prośbą o zgodę na przywiezienie tej części dokumentacji w formie kopii elektronicznych, której zarzuty odwołania nie dotyczą – i zwykle taką zgodę się dostaje.

W zeszłym tygodniu korzystałem właśnie z takiej możliwości, dźwigając dzięki temu tylko jedną torbę z kilkoma segregatorami, szczęśliwie pozostawiając w firmie ogromne pozostałości wcześniejszego etapu. Mi było lżej (choć pani przewodnicząca nieco zdziwiła się brakiem papierowego wniosku, w którym chciała sprawdzić prawidłowość umocowania pełnomocnika jednego z przystępujących). Natomiast siedząc przed Izbą przez dwa dni dokonałem innego spostrzeżenia. Pozostawiając na boku rozmaite merytoryczne opinie o działalności Izby, w przynajmniej jednym aspekcie trzeba okazać jej członkom współczucie.

Chodzi mi mianowicie o konieczność protokołowania obrad. Do KIO nie dotarły jeszcze nowoczesne wynalazki z nagrywaniem rozpraw (miejmy nadzieję, że to tylko kwestia czasu), tymczasem zatem arbitrzy muszą trudzić się z przekładaniem tego, co powiedzą pełnomocnicy stron i dyktowaniem do protokołu. I wdzięczne to zadanie nie jest. Pal licho, gdy problemem jest tylko to, że pełnomocnicy mówią dużo i na dodatek na tematy techniczne, na których arbitrzy niekoniecznie znać się muszą. Gorzej, gdy mówią bez ładu i składu (z góry zastrzegam – to nie jest mój przypadek zeszłotygodniowy, ale widziałem już takie rzeczy) i wówczas arbiter protokołując, musi jednocześnie ów brak ładu i składu jakoś samemu nadrobić. Do dziś pamiętam pewien przypadek, gdy to arbiter protokołując na dobrą sprawę nadawał sens wypowiedziom strony – sens, który z wypowiedzianych wcześniej słów cholernie ciężko było wydobyć.

Choć konieczność protokołowania ma i dobre strony. Warto może i nawet bardziej uważnie przysłuchiwać się temu, co każe zapisać arbiter, niż temu, co wcześniej powiedziano – widać wtedy, na co zwrócono szczególną uwagę, a więc i do czego się bardziej szczegółowo później odnieść ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.