O ustaleniu wartości zamówienia

Dziś temat do tekstu dostarczyła mi znakomity tekst Dariusza Koby Waloryzacja. Reaktywacja. Przy czym nie chodzi mi o waloryzację (o tej pisałem w „szponach” już sporo i pewnie nieraz się zdarzy ponownie), ale o wspomniane tam przy okazji inne zagadnienie – nieadekwatności wartości zamówienia ustalanej przez zamawiającego do tego, co może zaoferować rynek: „Na marginesie: był to również piękny dowód na to, że wartość kosztorysowa nijak się na do należytej staranności wymaganej przy oszacowaniu wartości zamówienia. A większość ciągle żyje w przeświadczeniu, że dla oszacowania wartości zamówienia wystarczy sporządzić kosztorys inwestorski.”

Nie wiem, czy autor pisał o tym problemie odrębnie – być może tak, a ja swoim tekstem będę wyważał drzwi już zdecydowanie otwarte. Sam jednak nie kojarzę takiego tekstu, a cytowana wyżej uwaga przypomniała mi o czymś, o czym sam niejednokrotnie myślałem: że ta sama metoda ustalenia wartości szacunkowej może nie nadawać się do dwóch postępowań nawet na taki sam przedmiot zamówienia, nawet realizowanych w tym samym czasie, jeśli nie uwzględni innych dodatkowych zmiennych, które wpływ na wycenę kosztów zdecydowanie mają.

Oczywiście, poza robotami budowlanymi nie ma jednej, jedynie słusznej metody wyceny. Zamawiający ma ustalać wartość „z należytą starannością” i w zasadzie tyle – to, jak tę należytą staranność zrealizuje, to już jego sprawa (i poniekąd jego interes). Efekty braku takiej staranności mogą być różne. Jeśli ktoś kupuje 1000 komputerów, a wartość ustali na podstawie ceny detalicznej z ceneo, pomnożonej razy 1000, pewnie porządnie pobłądzi. Nie popełni jednak błędu polegającego na zaniżeniu wartości, a te są najbardziej bolesne. Inna konsekwencja takiego zachowania, czyli np. ceny ofert niższe o ponad 30% od takiej wartości, niekoniecznie musi odbić się na wykonawcach, jeśli zamawiający zrozumie swój błąd i powoła się na okoliczności oczywiste, o których mowa w art. 224 ust. 2 pkt 1 Pzp. Zamawiający jednak powołują się nań rzadko i wcale im się nie dziwię. Warto więc jednak przynajmniej przez moment nad wyceną wartości się zastanowić i oszczędzić sobie potencjalnych niespodzianek, dokładających pracy zamawiającym, wykonawcom i KIO.

W robotach budowlanych, gdzie mamy stosowne rozporządzenie i dwie kluczowe metody ustalania wartości (kosztorys i planowane koszty, zależnie od formuły realizacji), też w szczegółach jest miejsce na pewną elastyczność. Problem jednak bywa taki, że czasami zapomina się o wszystkim poza przedmiotem zamówienia. Najprostszy możliwy przykład: zamawiający decyduje się płacić wykonawcy co trzy miesiące. To oznacza pojawienie się po stronie wykonawców kosztów kredytowania inwestycji. Czy wyliczenie wartości zamówienia taką okoliczność uwzględnia? Śmiem domniemywać, że dość rzadko. Tymczasem bywa on niezwykle znaczący dla inwestycji. I może się pojawić okoliczność zupełnie odwrotna od tej w przykładzie z komputerów: zamawiający będzie niezbyt miło zaskoczony poziomem cen ofertowych.

OK, koszty finansowe są dość łatwe do policzenia. Ale co z innymi atrakcjami, które funduje wykonawcy zamawiający? Co przede wszystkim z ryzykami, które wykonawca musi sobie w cenie oferty skalkulować, choć nigdzie w kosztorysie inwestorskim taka pozycja się nie pojawia? Co jeśli w przypadku opisywanym w „szponach” przed tygodniem okaże się, że dokumentacja geologiczna była przestrzelona, a wykonawca został zmuszony w ramach ryczałtu do wykonania szeregu nieplanowanych i nieprzewidzianych prac? Przecież to jest istotne ryzyko, które w cenie oferty racjonalnego wykonawcy musi znaleźć odzwierciedlenie. Tymczasem w szacowaniu wartości zamówienia nie ma po nim ani śladu: osoba kalkulująca wartość zwykle nie przejmuje się ryzykami, ta decydująca o ryzykach zwykle nie przejmuje się wartością – często jedna o tym, co robi druga, wie niewiele.

Oczywiście, stawki, które są podstawą obliczenia kosztorysów inwestorskich zwykle są stawkami podawanymi w publikatorach branżowych, szacowanymi na podstawie danych rynkowych. A zatem jeśli mamy stawkę wykopania łopatą dołu oszacowaną na podstawie 10 faktycznych umów, zapewne i jakiś poziom różnych ryzyk jest już uwzględniony w tych stawkach. Ale znowu – uśredniony i czasami niewiele mający wspólnego z tym, co konkretny zamawiający robi i jak to robi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.