O nie-umowach o pracę

Kilka tygodni temu pisałem tutaj o „usztywnieniu” progu stosowania ustawy na poziomie 130 000 zł. Jego dewaluację widzimy gołym okiem i zamawiającym coraz łatwiej wpaść w objęcia ustawy Prawo zamówień publicznych. Dość spojrzeć na dane statystyczne podawane przez GUS – szalejąca inflacja, ale i rosnące (wolniej) wynagrodzenia. Jeśli przeliczyć podawane przez GUS przeciętne zarobki w poszczególnych branżach, okaże się, że zatrudnienie człowieka na rok w wielu przypadkach niebezpiecznie zbliżyłoby się do 130 000 zł, a jest już branża, w której by ten próg przekroczyło. Oczywiście „zatrudnienie” to w domyśle umowa o pracę, a te przepisami ustawy nie są objęte (obecnie stanowi o tym art. 11 ust. 2 pkt 1 Pzp, który mówi o „umowach z zakresu prawa pracy”).

Ale czasami umowa o pracę nie wchodzi w grę, z rozmaitych powodów, wśród których często jest niechęć samych wykonawców, którzy nie chcą się poddać rygorom z tym związanym. Pojawiają się umowy zlecenia (z którymi się walczy, ale w wielu przypadkach daleko im do popularnych „śmieciówek” gdy popatrzymy na wynagrodzenie) czy kontrakty menedżerskie, które z umową o pracę mają coś wspólnego, ale podstawą ich zawierania jest kodeks cywilny (a w ich przypadku próg 130 000 zł rocznie jest niezwykle łatwy do przekroczenia). Co z nimi? Cóż, przy kontraktach menedżerskich Pzp jeszcze nigdy nie widziałem, więc zapewne wszyscy za dobrą monetę biorą odwołanie się do zasady wynikającej z art. 22 § 11 kodeksu pracy – zgodnie z tym przepisem jako umowę o pracę powinno się traktować każdą umowę, na podstawie której narzucone są warunki analogiczne do umowy pracy. W każdym razie do niego odwołano się chociażby w tej odnoszącej się do zamówień publicznych odpowiedzi na interpelację.

Problemów zamawiających z przypadkami na pograniczu umów o pracę jest jednak więcej. Na przykład zawieranie licznych umów na dokładnie to samo z wieloma osobami fizycznymi. Dobrym przykładem jest roznoszenie korespondencji urzędowej przez pracowników tegoż urzędu, a spotkać się można także z innymi sytuacjami (np. zatrudnianiem archiwistów do porządkowania akt, sprzedawców do okazyjnej sprzedaży na imprezach itd.). Oczywiście, wiele z tych usług można byłoby załatwić umowami kompleksowymi, podpisanymi z firmami, które całość by organizowały – wówczas nikt nie ma wątpliwości co do konieczności prowadzenia przetargu. Ale niekiedy rozwiązanie z bezpośrednim zatrudnieniem jest dla zamawiającego korzystniejsze z różnych powodów. Owszem, bierze na siebie kłopot z koordynowaniem tych ludzi, rozliczaniem pojedynczych umów, ale koszt bez narzutu pośrednika, bez kosztów ogólnych organizacji jest bardziej atrakcyjny, a jakość wykonania przez osoby bliżej związane z urzędem bywa wyższa.

Pojawia się jednak problem. Jeśli zawrzemy 100 umów na roznoszenie korespondencji po 2000 zł każda, okaże się, że mamy do czynienia z wartością przekraczającą próg ustawowy. A gdy okaże się, że mamy do czynienia z umowami na usługi powtarzające się, zasada zawarta w art. 35 ust. 1 Pzp już naprawdę nie pozostawi wielkiego pola do manewru (wszak wprost nakazuje łączyć wartości umów na te same usługi zawierane w okresie roku). Mimo to wielu zamawiających po takie rozwiązania sięga i trudno się im dziwić, skoro są to rozwiązania całkiem racjonalne i efektywne. Jasne, można sobie wyobrazić 100 małych przetargów albo jeden duży przetarg, w którym mogłoby wziąć udział konsorcjum stu osób fizycznych. Jednak nie trzeba siedzieć w zamówieniach długo, aby dostrzec jak mało to realne i jaki to absurd w praktyce.

Oczywiście, niekiedy rozwiązania problemu dają się znaleźć. Ratunkiem w niektórych przypadkach będzie art. 30 ust. 4 ustawy Pzp – tak na przykład przy zlecaniu roznoszenia korespondencji. Zamawiający zwykle ma umowę na świadczenie usług pocztowych, której wartość znacznie przekracza wartość umów, które chce bezpośrednio podpisać ze „zwykłymi” ludźmi. W tych przypadkach udzielenie drobnych zleceń na roznoszenie korespondencji ma szansę zmieścić się w limicie 20%, a jednocześnie wartość każdego z nich usprawiedliwi odejście do ustawy. Ale nie zawsze tak będzie.

I w gruncie rzeczy chyba nie od rzeczy byłaby zmiana zasad udzielania zamówień publicznych w tym zakresie – i objęcie wyłączeniem nie tylko umów o umowę o pracę, ale wszelkich umów, których stroną nie są podmioty, które wykonują zamówienie w ramach działalności gospodarczej i wykonują je osobiście. Przynajmniej do progu unijnego. Z pewnością wielkiego uszczerbku dla systemu to by nie stanowiło, a w wielu przypadkach zamawiającym ułatwiłoby życie.

Ps. Temat ten jest chyba rekordzistą pod względem czasu pozostawiania w kolejce do opisania w „szponach”. Czekał na lepsze czasy czyli na znalezienie idealnego rozwiązania. Nie doczekał się :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.