O niezbyt skutecznych technikach procesowych

Urlop człowieka dopadł, ale taki na pół gwizdka: nie da się nigdzie pojechać, bo tak naprawdę nie da się oderwać od roboty, a na dodatek w trakcie wypada dodatkowa atrakcja w postaci wycieczki do KIO. Będzie zatem z okazji urlopu krótko i tak się składa, że o KIO właśnie, a właściwie o dwóch technikach procesowych, których skuteczność raczej bywa odwrotna od zamierzonej. Wycieczka do KIO zaowocowała zresztą większą liczbą obserwacji, które jednak dotyczyły zjawisk dość powszechnych: np. przedkładania kluczowego dowodu w ostatniej serii wypowiedzi, wiedząc, że sala za chwilę ma być zajęta przez kolejną rozprawę, tak aby nikt nie zdołał się z nim na poważnie zapoznać i ewentualnie zakwestionować, albo występowania przez przystępującego przeciwko stronie, do której przystąpił (cóż, o problemie częściowych przystąpień już tu pisałem, ale póki ustawa jest ustawą, takie historie nie powinny mieć miejsca).

Pierwsza z technik, na które chciałbym zwrócić uwagę, polega na złożeniu jako dowodu ekspertyzy dokonanej przez biegłego sądowego. Oczywiście, gdy strona składa taką ekspertyzę z własnej inicjatywy, KIO nie przyjmuje go jako dowodu z opinii biegłego, ale jako opinię wykonawcy. Oczywiście, gdy opinię podpisze ktoś z pieczątką biegłego sądowego, wiarygodność takiego stanowiska może nieco wzrosnąć – w końcu po takiej osobie spodziewamy się wiedzy na określony temat oraz choćby odrobiny obiektywizmu (choć z tym ostatnim nie można przesadzać – w końcu strona, która dostanie opinię, która jej się nie spodoba, po prostu jej nie pokaże). Prawdziwie antyskuteczne jest jednak posłużenie się opinią biegłego z zupełnie innej dziedziny niż ta, na której temat się wypowiada. Czy można liczyć, że ktoś to weźmie poważnie pod uwagę?

Druga zabawna technika polega na kwestionowaniu przez pół rozprawy dowodów strony przeciwnej z jakiegoś powodu, a następnie posłużenie się dowodem mającym dokładnie taki sam „mankament”. Ot, choćby forma mailowa albo stanowisko osoby podpisującej dowód. Zawsze byłem zdania, że jedna naciągnięta teza w stanowisku procesowym może zaszkodzić wszelkim prawdziwym tezom w nim zawartym – bo podważa wiarygodność, daje przeciwnej stronie punkt zaczepienia, na którym można zbudować ładne figury retoryczne. A jeśli się to powtórzy – cóż, wszyscy zaczną wątpić w każde słowo człowieka, bo skoro dwa razy minął się z prawdę, to o zaufanie już trudno. Tak samo jest z tym podejściem do dowodów: po co marnować energię na dowodzenie czegoś, czemu samemu się przeczy? W ten sposób podważa się tylko swoją wiarygodność, a nie przeciwnika.

2 komentarze do: “O niezbyt skutecznych technikach procesowych

  1. Ja najczęściej spotykam się (i szczerze nienawidzę) Zamawiających, którzy składają odpowiedź na odwołanie na piśmie na rozprawie. Często po jakimś miesiącu od momentu, w którym otrzymali odwołanie. A jeszcze zdarza się, że opowiedź do KIO wysłana dużo wcześniej, ale przedstawiona odwołującemu na rozprawie właśnie.

    To jest nie tylko nieskuteczne, nie tylko zwyczajnie nieprofesjonalne, ale nawet szkodliwe dla Zamawiającego. Bo po zapoznaniu się z odpowiedzią zdarza mi się nierzadko cofać niektóre zarzuty. A nawet całe odwołanie.

    A to może z Zamawiającego zdjąć ryzyko procesowe (w tym zw. z kosztami), a także przyspieszyć rozstrzygnięcie.

    Dlatego chciałbym rozwiązania, jak w kpc – obowiązkowa odpowiedź na odwołanie składana do np. 10 dni od wpływu odwołania, pod rygorem pominięcia później zgłoszonych twierdzeń, zarzutów i dowodów (ew. z możliwością powołania późniejszych tylko w razie uprawomocnienia, że nie można było powołać ich wcześniej).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.