O nieproporcjonalności

Trafił mi niedawno w ręce lipcowy numer „Doradcy”, w którym znalazłem kilka świetnych zamówieniowych tekstów. Pod artykułem Grzegorza Machulaka i Ireny Skubiszak-Kalinowskiej na temat bezsensu oczekiwania, że każda deklaracja z oferty podlegająca ocenie w kryteriach oceny ofert będzie się dała obiektywnie zweryfikować na tym etapie postępowania (inspiracją był wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie – ten sam, który również i w „szponach” posłużył jako podstawa do podobnego w wydźwięku tekstu) czy tekstem Cypriana Świsia obnażającego słabości trybu podstawowego z możliwością negocjacji i ryzyka związane z jego stosowaniem z radością bym się podpisał. No, może nie z radością – człowiek cieszy się, że nie jest osamotniony w sposobie myślenia o takich problemach, natomiast zjawiska będące przedmiotem refleksji trudno nazwać radosnymi.

Inny znakomity tekst w tym samym numerze to comiesięczny felieton Dariusza Koby, „Ograniczona swoboda kwalifikacji”. Autor wskazuje na nasze straszne przywiązanie do zerojedynkowych ocen, wyznaczania ostrych jak żyletka granic i pyta się, czy na pewno tędy droga. I przed oczami stają mi zamówienia publiczne sprzed ponad 20 lat. Zamówienia, w których warunek udziału w postępowaniu brzmiał: „wykonawca ma się znajdować w sytuacji ekonomicznej i finansowej zapewniającej wykonanie zamówienia”, wykonawca składał papiery finansowe, a zamawiający nie sprawdzał w nich wybranego wskaźnika, ale badał i analizował w całości. I eliminował z postępowania, jeśli okazywało się, że wynik analizy był negatywny. Oczywiście, wymagało to pracy, zaangażowania i wiedzy, nakładało na zamawiającego większą odpowiedzialność*, ale prawidłowo zrobione miało większy sens niż to, co dziś obserwujemy.

Przypomniała mi się niezwykle cenna publikacja Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju sprzed dobrych kilku lat (z 2014) – raport pod barokowym tytułem „Ewaluacja rozwiązań stosowanych w celu oceny i wyboru ofert w postępowaniach o udzielenie zamówienia publicznego w projektach drogowych i kolejowych realizowanych w ramach POIiŚ wobec rozwiązań stosowanych w innych krajach członkowskich UE”. Jego autorzy (swoją drogą, był zdaje się i wśród nich autor tekstu z Doradcy) podkreślali: w cywilizowanym świecie sięga się po wskaźniki, ale „w sytuacjach wątpliwych decyzję podejmuje się metodą ekspercką, na podstawie całościowej analizy sytuacji wykonawcy”. Gdy wskaźnik nie jest spełniony, można wykazać spełnienie warunków w inny sposób (co zresztą akurat w przypadku analizy ekonomicznej ma sens, zwłaszcza, gdy „analiza” ogranicza się do jednego wskaźnika). I tej metody eksperckiej nam brakuje, tej elastyczności w ocenie spełniania warunków udziału w postępowaniu. Oczywiście elastyczność oznacza oddanie decyzji w ręce zamawiających, a można się obawiać, co z takim narzędziem zrobią niektórzy z nich. Ale mam wrażenie, że idziemy do przodu, jest lepiej niż było ćwierć wieku temu, a mogłoby być jeszcze lepiej, gdyby z kontroli uczynić narzędzie myślące o prawdziwych problemach w postępowaniach (niezwykle rzadko spotykam kontrolę, która zastanowi się, dlaczego taki a nie inny warunek, takie a nie inne kryterium…).

Zamawiający nie mają kompetencji? Cóż, ten problem da się rozwiązać. W wielu europejskich krajach funkcjonują mechanizmy certyfikowania wykonawców. U nas nie, choć przecież taką możliwość mamy od wielu lat. Na przeszkodzie stoi pewnie obawa przez tworzeniem kolejnej instytucji i związanymi z tym kosztami – jednak przecież trzeba myśleć o tym, ileż pracy zaoszczędziłoby to zamawiającym. Ile papierów mniej musiałoby pojawiać się w postępowaniu. Bilans wyszedł by na plus nie tylko w pieniądzach, ale zapewne także w skutkach działania systemu. Nb., także we wspomnianym wyżej raporcie z 2014 była mowa o tym, że warto to wprowadzić, że ma to sens, a sam o tym pisałem w tym samym 2014 na łamach organu małopolskiego RIO, „Correcty”.

Dariusz Koba w ostatnim numerze Doradcy nawiązuje do wspomnianej wyżej elastyczności – wskaźnik niespełniony, ale zdolność do realizacji zamówienia jest, bo trzeba spojrzeć szerzej. Wskazuje przy tym na wprowadzony w art. 109 ust. 3 mechanizm rezygnacji z wykluczenia wykonawcy w przypadku gdy byłoby to sankcją nieproporcjonalną do winy. Co prawda nie dotyczy to wszystkich przesłanek wykluczenia, a trochę szkoda (np. wyrok w sprawie zalegania z uiszczaniem podatku też może dotyczyć zaległości na 1000 zł, o którą podatnik kłócił się z fiskusem dla zasady). Podobny mechanizm mamy przy odrzuceniu ofert, choć też w ograniczonym zakresie – to przecież możliwość poprawiania omyłek w ofertach. Nie mamy natomiast żadnego takiego rozwiązania w zakresie warunków udziału w postępowaniu. I może się okazać, że ktoś, komu braknie 100 zł do postawionego wymogu doświadczenia w wykonaniu jednej roboty za milion, ale ma na koncie mnóstwo robót za 900 tys. zł, z postępowania wyleci.

*) W sumie – czy na pewno? Przecież ustalenie wskaźnika płynności na poziomie X też jest niezwykle poważną decyzją i trudno uznać, że jej podejmowanie nie jest obarczone odpowiedzialnością. Tylko w tym przypadku mało kto spyta się, dlaczego akurat X, niemal wszyscy będą szczęśliwi, że wskaźnik jest i go spełniają (bo zwykle jest na takim poziomie, aby niemal wszyscy go spełnili…).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.