O dwóch dniach roboczych

Jedną z niespodzianek, jakie przyniosła nam ze sobą nowa ustawa Pzp, jest reguła opisana w jej art. 8 ust. 4: każdy termin wynoszący co najmniej dwa dni musi obejmować co najmniej dwa dni robocze (rozumiane jako dni bez świąt, niedziel i sobót). W zasadzie krok w dobrą stronę. Nierzadko zdarza się, że zamawiający postanowi odpowiedzieć na pytania w piątek, a otwierać oferty w poniedziałek. Albo poprosić o dokumenty tuż przed długim weekendem z terminem złożenia tuż po. Nie mówiąc o rozstrzyganiu przetargów dzień przed wigilią. Pewnie każdy z wykonawców niejedną taką historię mógłby opowiedzieć.

A więc sama idea poniekąd słuszna. Niech zamawiający da przynajmniej szansę wykonawcy na realizację swoich żądań albo na złożenie odwołania. Niech terminy nie będą fikcyjne. Jak to będzie w praktyce działać? Cóż, zamawiający ogłaszając wyniki przetargu 30 kwietnia lub 24 grudnia będzie musiał liczyć się z tym, że w pięciodniowy termin na złożenie odwołania się przedłuży, jeśli święta ułożą się tak, że trudno będzie wygospodarować czas. Odpowiadając na pytania w przetargu krajowym w piątek będzie musiał dać czas wykonawcom na złożenie oferty co najmniej do środy.

Czy to najlepsza droga? Jasne, lepsze to niż nic. Co prawda jeśli ktoś rozstrzygnie przetarg dzień przed wigilią i wigilia będzie się wliczać w te dwa dni robocze (póki co przecież świętem nie jest, nawet jeśli większość z nas ma wtedy w głowie coś innego), to efektywnie wykonawca ma szansę dostać pewnie jeden dzień na odwołanie. Mało kto zdąży cokolwiek zrobić, zwłaszcza, że wypadałoby często zażądać od zamawiającego przedstawienia jakichś kawałków dokumentacji – np. uzupełnień konkurencji. Tak zresztą będzie z każdym niby-roboczym dniem podczas długich weekendów.

Jednak zamiast takiego przepisu chętnie widziałbym nieco inny sposób działania. Oczywiście, na termin na złożenie odwołania tego typu przepis to jedyna sensowna rada. Ale czy w takiej sytuacji nie należałoby się zastanowić nad wyznaczaniem terminów w dniach roboczych po prostu? Oczywiście, problem jest z dyrektywą, ale czy rzeczywiście? Te najkrótsze terminy, w których problem z weekendami jest największy dotyczą głównie postępowań krajowych. Może więc warto zamiast siedmiu dni na złożenie oferty, pięciu dni na złożenie odwołania czy publikacji wyjaśnienia na dwa dni przed terminem składania ofert – zapisać co najmniej pięć dni roboczych w dwóch pierwszych przypadkach czy co najmniej dwa dni robocze w ostatnim? Niestety, nie rozwiązałoby to problemu terminów z ustawy niewynikających wprost.

I obawiam się jednego: zamawiających, którym pod koniec roku będzie tak bardzo się spieszyć, że mając wizję konieczności czekania na jakieś wyjaśnienia przez weekend, a potem jeszcze dwa dni, będą wyznaczać w tego typu sytuacjach terminy jednodniowe. I będą teoretycznie zgodni z literą ustawy (choć z zasadami już nieco na bakier). Marzyłaby mi się ustawa, w której takich drobiazgów by się nie opisywało, a kontrolujący widząc zbyt krótkie terminy wyznaczane wykonawcom uznawaliby je za naruszenie, które miało wpływ na wynik postępowania. Najskuteczniejsza metoda uczenia, choć niestety kontrolujący zwykle tak „miękkimi” rzeczami się nie zajmują. I pewnie teraz też będą patrzyć, czy są spełnione magiczne dwa dni robocze i na niewiele poza tym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.