O nieefektywności kryteriów

Udało mi się ostatnio w pociągu do i z Warszawy nadrobić odrobinę braków w zamówieniowych lekturach. Wśród nich znalazł się marcowy numer „Doradcy”, a w nim artykuł Cypriana Świsia o efektywności kryteriów pozacenowych na przykładzie usług utrzymania zieleni. Temat w sam raz pasuje do okoliczności – długi weekend w moim przypadku trwa pięć dni, a upał (przynajmniej w chwili pisania tego tekstu) przekraczał wszelkie granice przyzwoitości. I człowiek chętnie by wietrzył na przestrzał chałupę, a tu bzyczeli mu za oknem i bzyczeli godzinami. Kosiarkami.

Z większością stwierdzeń zawartych w tym artykule z radością się zgadzam, choć zapewne nie jest tajemnicą, że moje podejście do przepisu o maksymalnej wadze kryterium ceny jest zdecydowanie bardziej krytyczne. Nie będzie jednak o tym, z czym się zgadzam, ale o tym, że niekiedy warto poszukać takich aspektów sprawy, która na początku do głowy nam nie przychodzą. Jednym z głównych elementów artykułu jest krytyka zastosowanego w jakimś przypadku kryterium czasu koszenia trawników. Opisane przykłady faktycznie są kuriozalne i wołają o pomstę do nieba – to klasyczne przypadki kryteriów pozornych, w których nikt zdrowo myślący nie zaoferowałby czegoś innego niż najwyżej ocenianego parametru. W jednym przykładzie – ponieważ najwyżej oceniany parametr jest niezwykle łatwy do osiągnięcia (29 godzin na skoszenie hektara trawy). W drugim przykładzie – odwrotnie – ponieważ maksimum jest postawione na tak wyżyłowanym poziomie, że jest niemożliwe w praktyce do osiągnięcia (12 minut na skoszenie hektara trawy), ale jednocześnie ma wagę 40% i jest obwarowane karą w wysokości 100 zł (nie za minutę przedłużenia, ale za sam fakt).

I jeśli tu całkowicie solidaryzuję się z autorem co do oceny takich praktyk zamawiającego, to w dzisiejszych okolicznościach towarzyszących pisaniu nie do końca się zgodzę z kategorycznym stwierdzeniem, które pojawia się odrobinę dalej: że niezależnie od tego, czy ocena w tym kryterium ma ręce i nogi, to sama jego idea „stoi w kontrze do efektywności”. Autor bowiem widzi w przyspieszeniu koszenia same wady: więcej hałasu, więcej zanieczyszczeń, więcej zużycia paliwa, większa niestaranność, a na dodatek przyspieszenie koszenia wymaga zatrudnienia jednorazowo więcej ludzi i sprzętu, a więc i podnosi koszty. I pewnie w większości przypadków będzie to zgoda.

Problem w tym, że ja potrafię sobie wyobrazić przypadki, w których jednak kryterium takie będzie stanowiło jakąś wartość dodaną. Niekiedy będzie niosło jakąś wartość ekonomiczną – na przykład wtedy, gdy mamy do czynienia ze sporą, płaską, niezadrzewioną powierzchnią. Może przyjść wykonawca z małymi traktorkami i tuzinem osób robić ten teren przez cały dzień. A może przyjść facet z większym traktorkiem i załatwić to w pół dnia. Jeśli tylko duży traktor nie skasuje nam ulubionej trawki, różnica w cenie może być na korzyść rozwiązania z takim właśnie sprzętem (bo zarazem krócej i mniej ludzi). Choć oczywiście do tego nie potrzebujemy dodatkowych kryteriów, wystarczy kryterium ceny.

Wartość społeczną będziemy mieć natomiast w moim obecnym przypadku. Jedną z tych rzeczy, których nie znoszę, jest hałas za oknem. I jeśli sąsiedzi jeżdżą kosiareczkami przez pół dnia, to szlag człowieka może trafić od takiego bzyczenia. Człowiek musi uciec albo zamknąć się na cztery spusty w domu, aby takie bodźce wyeliminować. Gdyby załatwili to w godzinę, choćby i kosztem paru decybeli więcej, pewnie byłbym bardziej zadowolony, bo po tej godzince spokojnie mógłbym otworzyć okno czy usiąść na balkonie. Jako zamawiający nie przekreślałbym więc z góry takiego kryterium, choć używałbym go z rozmysłem i w tych nielicznych przypadkach, gdzie ma jakiś sens – np. moim sąsiadem jest przedszkole, w którym dzieciaki spędzają niemal cały dzień na polu, albo mam za płotem ogród botaniczny, w którym pod gołym niebem nieustannie plączą się zwiedzający.

Analogicznie jest zresztą z kryterium termin w innych zamówieniach, nawet i robotach budowlanych. Jeśli buduję coś, na czym w przyszłości mam zarabiać – potrafię ten sens bardzo prosto przeliczyć na złotówki (im wcześniej skończę roboty, tym wcześniej zacznę zarabiać i tym więcej zarobię). Jeśli to coś, na czym ja nie zarobię – i tak może mieć sens, i to zarówno ekonomiczny, jak i społeczny. Ekonomiczny może być pośredni – im wcześniej skończę remont ulicy, tym wcześniej zaczną ludzie przyjeżdżać tam do sklepów, tym więcej zarobią tamtejsi sklepikarze i tym więcej podatku odprowadzą do budżetu. Ale społeczny (i przy okazji środowiskowy, jakby się przyjrzeć) też jest nie do przecenienia – im szybciej remont skończymy, tym mniej stracą owi sklepikarze, tym mniej korków w okolicy będziemy generować, tym mniej objazdów komunikacji miejskiej i dodatkowych kilometrów i straconych godzin w tramwajach… Sporo tego jest.

Ps. Jakoś nie mam śmiałości zaproponować, abyśmy odłożyli te cholerne warczące kosiarki do lamusa i nakazali kosić kosami. Cisza, spokój, paliwa nie zużywamy, siano oddajemy królikom, sporo ludzi zatrudnionych, wtedy nawet czas nie ma znaczenia :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.