O ustawie okołokoronawirusowej

W postscriptum do poprzedniego wpisu było o tym, że o wprowadzanych ostatnio przepisach nie chce się pisać. I nie chodziło o to, że przepisy są aż tak schrzanione (choć pomysł z towarami i usługami był zaiste oryginalny, ale nie ma co się nad nim specjalnie pastwić, bo autor zapewne działał w pośpiechu i po prostu terminologię zaczerpnął nie z tej ustawy co trzeba), ale o to, że wszystko dookoła kręci się wokół jednego tematu i człowiek naprawdę go ma trochę dość.

No, ale wypada. Miejmy nadzieję, że pierwszy i ostatni raz. I na dodatek pewnie niezbyt oryginalny. Od środy obowiązuje nam nowa, poprawiona wersja ustawy okołokoronawirusowej. W sprawach zamówieniowych pojawiło się tam nie tylko zwolnienie ze stosowania ustawy (poprawione w zakresie nieszczęsnych towarów), ale i wytyczne co do zmieniania umów, naliczania kar i odszkodowań, a wreszcie niedochodzenia odpowiedzialności z tytułu naruszenia dyscypliny finansów publicznych i karnej.

Czy to wszystko potrzebne? Gdy popatrzeć na literę tych przepisów, to zwolnienie ze stosowania ustawy do określonych grup zamówień wydaje się być zbędne. Mamy wszak w ustawie Pzp kilka przepisów, które do dzisiejszej sytuacji pasują, a skutki mają podobne albo wręcz identyczne. Podobne skutki ma art. 67 ust. 1 pkt 3 dotyczący zamówienia z wolnej ręki. Warto zwrócić uwagę, że „papierologia” w takim wypadku naprawdę jest ograniczona, bo jedynym dokumentem potrzebnym od wykonawcy jest oświadczenie o spełnianiu warunków (choć w takiej sytuacji i to możnaby sobie darować, wszak możliwe w kilku innych sytuacjach). Identyczne skutki ma art. 4 pkt. 5 lit. c Pzp, który zwalnia ze stosowania ustawy zamówienia, jeżeli wymaga tego ochrona bezpieczeństwa publicznego. A epidemia stanowi niewątpliwie zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego (natury biologicznej).

Z kolei w zakresie wprowadzania zmian do umowy ustawa okołokoronawirusowa wprowadza więcej papierów niż zwykle. Jedna strona (z kontekstu wynika, że głównie wykonawca, ale nie zawsze) informuje drugą stroną o zaistniałych okolicznościach, przedstawia dowody, druga strona ma 14 dni na odpowiedź. Efektem jest możliwość zmiany umowy w zakresie terminu, sposobu, zakresu i wynagrodzenia (ale tego ostatniego maksymalnie do 50% wynagrodzenia z zamówienia podstawowego). W gruncie rzeczy jednak na taką okoliczność mamy już w ustawie art. 144 ust. 1 pkt 3, a więc zmianę spowodowaną okolicznościami, których nie dało się przewidzieć. Też z limitem do 50%. I bez całej tej biurokracji, choć oczywiście zamawiający będzie musiał umieć udowodnić, że nieprzewidziana okoliczność zaistniała (ale jest z tym mniej zachodu i żadnych terminów).

Czy z tego powodu te zmiany przepisów trzeba uznać za zbędne i mieszające ludziom w głowach? Chyba nie, bo jednak jeśli ktoś coś wskaże wprost palcem, łatwiej zamawiającemu po taki przepis sięgnąć, niż gdy ma tylko interpretację. A sytuacja jest wyjątkowa i każde wahanie mogłoby mieć kiepskie skutki. Po drugie, wydaje się, że nowe przepisy mają w jednym aspekcie przewagę nad dotychczasowymi: nikt nie przyjdzie do zamawiającego i nie powie, że udzielając zamówienia w kwietniu mógł przeprowadzić jakiś tryb ustawowy, bo już od połowy marca było wiadomo, że mamy epidemię. Choć ustawodawca mógł darować sobie trochę z tej biurokracji przewidzianej w art. 15r ustawy okołokoronawirusowej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.