O ofertach składanych po terminie

Drugą „luką” miniportalu wskazaną w tekście przywołanym przeze mnie przed tygodniem jest możliwość złożenia oferty, mimo że upłynął oznaczony tam termin składania ofert. „Luka”, bo to błąd systemu i ten ofert przyjąć nie powinien. Tymczasem ten konkretny przypadek to znakomity przykład na to, aby pewnym systemom zbyt wiele decyzji nie pozostawiać: możliwość złożenia oferty po terminie okazała się zbawienna dla zamawiającego, który przez pomyłkę ustawił termin składania ofert w miniportalu na datę wcześniejszą niż w siwz i ogłoszeniu o zamówieniu. System nie zablokował ofert, zamawiający mógł je otworzyć (w terminie wskazanym w siwz) i przetarg mógł trwać całkiem normalnie. Gdyby system zablokował… cóż, mielibyśmy unieważnienie, kilka miesięcy w plecy i sporo zmarnowanego wysiłku po obu stronach.

Szczerze mówiąc, tego typu działania, które coś z automatu uniemożliwiają, są wyjątkowo niebezpieczne i powinny być stosowane w wyjątkowych sytuacjach. Jeśli w opisywanym przypadku system by uznał, że termin minął i złożenie oferty jest niedopuszczalne – cóż, może wykonawca zadzwoniłby do zamawiającego i ten spróbowałby system ogarnąć (choć nie wiem, czy miniportal dopuściłby przedłużenie terminu po jego upływie), ale zanim to zrobi, termin faktycznie może upłynąć i wykonawca będzie bez szans na wygranie przetargu. Owszem, może iść do KIO, żądać unieważnienia postępowania, i może wygra (choć to wcale nie takie pewne, skoro to on ma udowodnić, że system nie działał, a nie zamawiający, że działał – wszystko więc zależy od postawy zamawiającego), ale nawet jeśli wygra, to zyska tylko unieważnienie postępowania. Czy złożenie oferty po terminie stanowi tak naprawdę jakiś problem, z którym zamawiający sobie nie poradzi? Oczywiście, że nie, a zarówno obecna, jak i przyszła ustawa Pzp na to pozwalają.

Swoją drogą, i obecny, i przyszły przepis do idealnych nie należą. W obecnej ustawie Pzp mamy niezmieniany od dekady art. 84 ust. 2. Niezmieniony w szczególności przy okazji wprowadzania do ustawy zapisów o elektronizacji zamówień i nieco z tą elektronizacją niewspółgrający. Bo procedura wygląda tak: informuje się o fakcie wykonawcę, odczekuje 10 dni i wreszcie zwraca ofertę. A w dobie elektronizacji jest mały kłopoty z tym „zwrotem”. Na szczęście problem to niewielki, i podobnie jak radzimy sobie ze zwracaniem wadium elektronicznego radzimy sobie nie poprzez fizyczne oddanie gwarancji, ale poprzez przesłanie oświadczenia o zwolnieniu z zobowiązania wynikającego z tej gwarancji, tak i tu bez problemu można sobie poradzić. Wystarczy powiadomić wykonawcę, odczekać 10 dni i nie zrobić nic więcej. Nikomu krzywda się nie dzieje.

W nowej ustawie zrobiono inaczej. Nie ma odpowiednika obecnego przepisu, jest natomiast kolejna przesłanka odrzucenia oferty: odrzucamy ofertę złożoną po terminie (art. 226 ust. 1 pkt 1, analogicznie wniosek o dopuszczenie do udziału – art. 146 ust. 1 pkt 1). Czy to rozwiązanie najszczęśliwsze? Nie sądzę. Bo jeśli zamawiający ma traktować tę ofertę na serio, to powinien otworzyć ją wraz z innymi ofertami, ująć w informacji z otwarcia… A co jeśli wpłynie po tym otwarciu? Nie, obecne rozwiązanie (jeśli pominąć ów zwrot oferty) generuje mniej papierów i wysiłku po stronie zamawiającego, a wykonawcy daje identyczne prawa.

Ps. Ewentualna potencjalna realizacja postulatu zablokowania możliwości składania ofert po terminie (choć w świetle nowych przepisów raczej nieracjonalna, skoro oferty takie mamy odrzucać ;)) przypomina mi opisywane w „szponach” półtora roku temu działania redakcji Dziennika Urzędowego UE, która niekiedy nie pozwala zamawiającym publikować zmian w ogłoszeniach o zamówieniu, jeśli zmiany te idą za daleko. Owszem, tam decyzję podejmuje człowiek, a nie automat, ale dla zamawiającego to decyzja z zewnątrz, od której nijak nie można się odwołać. Nawet jeśli w jakimś przypadku okaże się, że miał rację.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.