Jeszcze raz o terminach składania ofert i innych patologiach

Dziś będzie nietypowo, bo o pewnym bardzo konkretnym przypadku, który stanowi doskonałą ilustrację tekstu sprzed trzech tygodni, a także i paru innych patologii. Konkretnym przypadku, który na potrzeby niniejszego tekstu postaram się jakoś go „zanonimizować” :) Rzeczone ogłoszenie znalazłem w codziennym raporcie o ogłoszonych publicznie postępowaniach na temat, który mógłby zainteresować mojego pracodawcę jako wykonawcę, który dostałem we wtorek po południu. Przedmiot zamówienia – organizacja konferencji naukowej. Zamawiającym był podmiot niezobowiązany do stosowania ustawy, ale dysponujący pieniędzmi publicznymi – środki (krajowe, a nie unijne) przyznała na dofinansowanie jedna z centralnych instytucji. A instytucja ta ma zwyczaj w umowach o tego typu dotacje wpisywać, że pieniążki należy wydawać wybierając wykonawców z zachowaniem zasad uczciwej konkurencji, równego traktowania i przejrzystości. I trudno domniemywać, aby w tym przypadku miało być inaczej.

Już sam temat postępowania zwrócił uwagę. To coś jakby instytucja odpowiadająca za obronność kraju przyznała kasę organizacji promującej wegetarianizm na organizację konferencji na temat „Taktyka wojenna wegetarian” (wszystko w imię anominizacji – ani to wegetarianie, ani obronność, ale związek faktycznych tematów można uznać za tylko ciut mniej egzotyczny). Sam temat zaintrygował, bo tego samego dnia w prasie rzucił mi się w oczy nagłówek, że braknie pieniędzy na emerytury i trzeba będzie je przykrawać. A tu taka niespodzianka. Czyli jednak pieniążków jest w bród, skoro z rządowych środków finansujemy takie cuda :) Ale w gruncie rzeczy nie chodzi mi tu o sam temat – zresztą, może moja ocena egzotyki jest ciut przesadzona – ale o samo postępowanie.

Postępowanie ogłoszono w czwartek, termin składania ofert wyznaczono na kolejny piątek, a termin samej konferencji, która przedmiotem zamówienia jest – na następny piątek. Taki ładny cykl – tydzień na złożenie oferty (po drodze długi weekend), a tydzień później konferencja (po drodze kolejny długi weekend). W praktyce wykonawca miał szansę dostać informację o tym zamówieniu i na poważnie się nią zająć (jak w moim przypadku) – we wtorek. Bo przecież ogłoszono je tylko na stronie internetowej zamawiającego, której nikt na bieżąco nie śledzi, a w wyszukiwarkach ktoś musiał ją zindeksować. Ofertę trzeba było oczywiście złożyć na piśmie w Warszawie (w piątek w samo południe), a zatem w praktyce musiałbym mieć ją gotową w czwartek rano, aby ją wysłać i doszła na czas do zamawiającego. Czyli na przygotowanie oferty w porywach dwa dni. A gdybym złożył ofertę, istniałoby ryzyko, że zamawiający wybierze ją w czwartek, a w piątek ma się odbyć konferencja…

A oferta nie byle jaka. Zamawiający słusznie stawia nie tylko na cenę (30% wagi kryteriów), ale przede wszystkim na kwalifikacje osób, które na konferencji wystąpią (60% wagi kryteriów). Stawia przy tym dość szczegółowe wymogi minimalne dla tych osób, choć na szczęście od żadnej z nich nie wymaga doświadczenia w kwestii militariów i wegetarianizmu jednocześnie. Ale wymogi są szczególne, osób jest 10, a im bardziej doświadczenie będzie pasować do konferencji, tym wyższa ocena. Oczywiście, to słuszne, ale jakim cudem zebrać takich ludzi w dwa dni? Aby zaś ostatecznie zlikwidować szansę, aby ktokolwiek „z ulicy” mógł złożyć ofertę, tu i tam dodano inne wymogi, które bardzo ograniczały krąg potencjalnych wykonawców. Na przykład, że wykonawca swoją działalność koncentruje na promowaniu wegetarianizmu. Albo że ma mieć doświadczenie w organizowaniu konferencji na temat wojny w ujęciu wegetarian (czyli zrealizowała już chociaż raz konferencję na dokładnie taki sam egzotyczny temat).

Im dłużej czytałem wzmiankowane ogłoszenie i im ciekawsze „kwiatki” czytałem koleżankom, tym bardziej rosło ich zainteresowanie tematem. I jedna podpowiedziała, aby zajrzeć do niezwykle popularnej wyszukiwarki internetowej i poszukać coś więcej na temat rzeczonej konferencji. Wpisałem temat i voilà – konferencja jako żywa. Ogłoszona (ze szczegółowym programem, nazwiskami wykładowców, niewątpliwie ta, bo zgadzał się termin, tytuł, bloki tematyczne) dokładnie tego samego dnia, w którym zamawiający ogłosił to postępowanie przetargowe. Ile wcześniej musiał zacząć przygotowywać tę konferencję – nawet nie chcę myśleć…

I nie wiem teraz, czy postępowanie zorganizowano dlatego, że ktoś znalazł taką fajną konferencję, a ponieważ zasady są zasadami postanowił zorganizować zapytanie, w którym i tak nikt inny nie ma szans złożyć oferty, a w papierach jest porządek? Czy może najpierw przygotowano projekt, potem dogadywano się z organizatorem, który wszytko zaklepywał, a potem na podstawie tego, co organizator zdziałał ogłoszono zapytanie, w którym i tak nikt inny nie ma szans złożyć oferty, a w papierach jest porządek?

Ps. Aż boję się sprawdzać, czy przypadkiem już publikacja pokonferencyjna nie dostępna jest w sprzedaży…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.