O skanie podpisanego dokumentu

Gdy zaczynałem swoją znajomość z zamówieniami, o komunikacji elektronicznej nikt jeszcze w zasadzie nie śnił. Owszem, ludzie w pracy komputery mieli, ale nie wszyscy, a żeby wiadomość e-mail mogła być traktowana poważnie – co to, to nie. Każdy dokument musiał być złożony w papierku, z podpisem, a jeśli kopia to tylko potwierdzona za zgodność z oryginałem przez notariusza. Ileż to ofert zostało odrzuconych tylko dlatego, że wykonawca pomyślał sobie, że podpis radcy prawnego pod takim poświadczeniem wystarczy…

Z czasem to się zmieniało. Pierwszą sferą, w której e-mail znalazł jakieś szersze uznanie, były chyba prośby o wyjaśnienie treści siwz. Później szło powoli to do przodu i dziś doszliśmy do czasu, gdy teoretycznie postępowanie mogłoby się obejść bez papieru. Jedna jednak rzecz pozostała niezmieniona – podpis wykonawcy, podpis jest święty. Jeśli papier, to zamawiający badają, czy na pewno podpis oryginalny (czasami łącznie z macaniem odwrotu kartki). Zastanawiają się, czy parafka wystarczy. Jeśli dokument elektroniczny – ustawodawca stwierdził, że trzeba wymagać, aby oferta była podpisana podpisem kwalifikowanym, a także aby wszelkie dokumenty w formie kopii takim podpisem były potwierdzone. Nieliczne są sfery, w których świętość podpisów została już pogrzebana – prośby o wyjaśnienie treści siwz, dokumenty zamawiającego, niewiele poza tym.

Bywa jednak czasami, że przywiązanie do podpisu ukazuje się w nieoczekiwanej formie. Niedawno w jednym z wyroków KIO (i to stosunkowo świeżym – KIO 489/19) napotkałem informację, że zamawiający dopuszczał składanie niektórych dokumentów (np. wyjaśnień rażąco niskiej ceny) w formie innej niż pisemna. Chwała mu za to, powinno to być normą. Problem polegał na tym, że ten zamawiający wymagał jednak, aby owe wyjaśnienia trafiły do niego w formie faksu lub załącznika do wiadomości e-mail w postaci skanu podpisanego dokumentu. KIO tą sprawą się nie zajmowało, badało treść wyjaśnień, które wykonawca – mający przecież instynkty samozachowawcze – złożył w formie, jakiej oczekiwał zamawiający. Bo przecież kłopotów najlepiej unikać.

Ale jaki jest sens takich wymagań? Już pominę milczeniem pomysł komunikacji faksowej – już dawno wszyscy powinniśmy wezwać elektrośmieciarzy i wręczyć im z radością te szatańskie (i – jak wykazał nieodżałowany Umberto Eco – nieekologiczne) wynalazki. Ale skan podpisanego dokumentu? Z prawnego punktu widzenia to, czy w mailu znajdziemy zeskanowany podpis, czy nie, absolutnie niczego nie zmienia. Identyczny status będzie miał mail, w którym ten sam człowiek podpisze się, że tak powiem, „z klawiatury”. Identyczny status będzie miał mail, w którym podpisu nie ma, ale w polu nadawcy jest wpisany dany człowiek. W praktycznego punktu widzenia zamawiający może myśleć, że zeskanowany odręczny podpis to lepsza gwarancja, że podpisał to na pewno właśnie ten człowiek. Ale przecież skan podpisu z wielką łatwością można wkleić do dowolnego elektronicznego dokumentu obrazkowego. Wymóg taki oznacza, że wykonawca musi mieć pod ręką papier, drukarkę, długopis i skaner – to wszystko, czego nie musiałby mieć, gdyby chciał wysłać zwykłego maila.

Po co więc, po co?

Ps. Od momentu lektury tamtego wyroku i pojawienia się pomysłu na ten tekst, miałem wrażenie, że temat ten gdzieś już wykorzystałem. Sprawdziłem, nie znalazłem, więc powyższy tekst napisałem. Ale cały czas to wrażenie nie ustępuje – więc jeśli moje sprawdzenie było wadliwe, przepraszam za powtórzenie się :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.