O 25 latach

10 czerwca 1994 r. uchwalona została ustawa o zamówieniach publicznych. Weszła w życie później, stopniowo, dla części podmiotów od początku 1995, dla innych od początku 1996, ale mimo wszystko jest to data symboliczna. A dziś mija od niej dokładnie 25 lat, z których zdecydowaną większość spędziłem zajmując się zamówieniami publicznymi. Jasne, zamówienia dzisiejsze są inne od tych, o których myśleli twórcy tamtej ustawy, ale „kręgosłup” pozostał – zasady, którymi się kierujemy, podstawowe rodzaje trybów… Nie sposób nie podziwiać twórców ustawy, którzy w tym zakresie wymyślili coś ponadczasowego.

Niestety, gdy wejdziemy w szczegóły, to trudno będzie znaleźć taki, który nie został wywrócony do góry nogami. Poszliśmy w kierunku kazuistyki, objętość przepisów wzrosła kilkakrotnie, niestety coraz mniej jest w nich elementów, w których można działać elastycznie, kierując się zdrowym rozsądkiem i wyczuciem zasad. Coraz bardziej potrzebni są specjaliści od ustawy, jakkolwiek by to nie brzmiało. Z jednej strony mówimy o tym, że należy wdrażać przy udzielaniu zamówień dobre praktyki zakupowe, z drugiej coraz bardziej zamawiających się ogranicza wskazując im bardzo konkretne, jedyne dopuszczalne rozwiązania.

Mieliśmy po drodze kilka rewolucji, ale jako takie traktuję raczej zmiany czasami pojedynczych przepisów, które eliminowały poważne utrudnienia, niż wielkie zmiany, których przecież mieliśmy po drodze sporo (na czele z nową ustawą z 2004, jej dostosowaniem do dyrektyw z 2004, a następnie z 2014). Do takich najbardziej rewolucyjnych zmian zaliczam likwidację obowiązku unieważnienia postępowania, jeśli brak było dwóch niepodlegających odrzuceniu ofert, wprowadzenie możliwości uzupełniania dokumentów oraz wprowadzenie możliwości poprawiania omyłek. Wszystkie te zmiany pozwoliły na bardziej efektywne działania zakupowe. Oczywiście, pewnie mógłbym wyliczyć jeszcze większą liczbę kłód, które pod nogi zamawiającym i wykonawcom rzucono (np. nieszczęsne, wciąż nam obowiązujące wskazanie maksymalnej wagi kryterium ceny).

Jednak oprócz zmian przepisów wiele zmieniło się też w mentalności uczestników rynku. W latach 90. nie było niczym niezwykłym postawienie warunku udziału w postępowaniu w formie ogólnej (np. wykonawca ma być w sytuacji ekonomicznej i finansowej pozwalającej na wykonanie zamówienia), a następnie ocena złożonych dokumentów i stwierdzenie, czy tak faktycznie jest. Dziś warunek musi być konkretny. Czy tak jest lepiej? Mam wątpliwości, bo przecież każdej ewentualności i każdego ryzyka przewidzieć się nie da.

Z drugiej strony, są takie sfery owej zamówieniowej mentalności, które się nie zmieniły, a powinny. O nierównościach we wzorach umów rozmawia się dużo, o waloryzacji i innych instrumentach, które mogłyby te nierówności wyrównać także, ale wciąż w praktyce niewiele z tego wynika. Ba, nawet ci zamawiający, których wskazuje się jako forpocztę zmian w tym zakresie, bardzo powoli zbliżają się do naprawdę racjonalnych rozwiązań (polecam arcyciekawy wpis Adama Hajdy na blogu SIDiRu na temat najnowszego sposobu waloryzacji wynagrodzenia wprowadzonego przez GDDKiA i PLK).

Wciąż mamy nadzieję, że będzie jednak coraz lepiej. We mnie taką nadzieję budziła zawsze wizja elektronizacji zamówień. Bo przecież w elektronizacji chodzi o to, aby było łatwiej, aby było więcej ofert, aby była większa konkurencje. Problem w tym, że jakoś tak to załatwiono, że zamiast być łatwiej, jest trudniej (i trudno o lepszy wyraz tego „trudniej” od rewelacyjnego rysunku P. Ewy Białej do jednego z moich artykułów w ostatnim numerze „Buduj z Głową”…).

Kto wie, jak będziemy udzielać zamówień za kolejne 25 lat. Jestem niemal pewien tylko tego, że nadal będziemy mówić o zapewnieniu uczciwej konkurencji i równym traktowaniu wykonawców :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.