O podpisywaniu umów

Pisałem już w „szponach” o tym, że obowiązek zawierania pisemnej umowy po wyborze najkorzystniejszej oferty nieco mnie uwiera (co najmniej raz: cztery lata temu). Że być może bardziej racjonalne byłoby przyjęcie cywilistycznej konstrukcji zawarcia umowy w wyniku przyjęcia oferty – oczywiście z zastrzeżeniem upływu okresu stand-still. Oczywiście, trzeba byłoby rozwiązać kilka praktycznych problemów (np. wnoszenia zabezpieczenia należytego wykonania umowy), ale wprowadzenie takiego rozwiązania pozwoliłoby na rozwiązanie kilka problemów – jak się zdaje – istotniejszych. Ponieważ jednak na horyzoncie nie widać szans na wdrożenie w życie wspomnianej wyżej idei, dziś będzie o tych ostatnich kłopotach – z podpisywaniem umów.

Konieczność podpisywania umowy w wyniku postępowania, jako odrębnego aktu (i to na dodatek obowiązkowo pisemnego), to właściwie w każdym przypadku utrata cennego zwykle czasu. Co jednak bardziej istotne, okazuje się, że ten czas wykorzystywany bywa na przemyślenie przez strony, czy na pewno chcą umowę zawrzeć. I czasami okazuje się, że wykonawca mimo związania ofertą jednak z podpisania umowy rezygnuje (ba, zdarza się to też, choć pewnie rzadziej, zamawiającym). Ale znacznie częściej dochodzi do problemów bardziej prozaicznych: mianowicie wielu zamawiających ma zwyczaj wymagać od wykonawców, aby ci pofatygowali się do siedziby zamawiającego w celu podpisania umowy. Ba, wyznaczają terminy, w których należy się stawić, a gdy wykonawca nie dojedzie albo spróbuje termin zmienić, chwytają się narzędzi przewidzianych na okoliczność wymigiwania się przez wykonawców od podpisania umowy – nie dość, że uznają, że do zawarcia umowy nie dojdzie z winy wykonawcy, to jeszcze zabierają wadium.

Dla mnie takie podejście do podpisania umowy ze strony zamawiających to jeden z przejawów ich arogancji i nierówności stron postępowania o zamówienie. Oczywiście – nie jest to objaw najbardziej dotkliwy (wszak to jest kłopot, z którym można sobie poradzić nieco łatwiej niż np. z szalonymi karami umownymi za opóźnienie, które wymagają sądów, aby się od nich uwolnić), ale za to bardzo widoczny. Wszak wyznaczając termin, bez uprzedniego kontaktu z wykonawcą, na dodatek często krótki, wymagając osobistego stawiennictwa w określonym miejscu, zamawiający kompletnie ignoruje fakt, że wykonawca może mieć inne zobowiązania, może nie mieć możliwości w tak krótkim czasie ustanowić pełnomocnika, bo akurat nie jest w stanie zebrać się zarząd, może nie mieć szansy na zorganizowanie gwarancji z tytułu zabezpieczenia itd.

Co stoi na przeszkodzie, aby załatwić to po ludzku? Aby zadzwonić do wykonawcy i ustalić najwygodniejszy dla obu stron sposób podpisania umowy? Jasne, najfajniej jest, gdy obie strony spotkają się i złożą podpis wspólnie, każde zabierze swój egzemplarz umowy i możemy zabrać się do roboty. Ale to się nie zdarza często. O wiele częściej najwygodniej dla wykonawcy jest zrobić to korespondencyjnie, a i zamawiającemu to nie przeszkadza. W świecie kurierów, w świecie możliwości śledzenia przesyłek, właściwie nie ma ryzyka, że podpisywanie umowy będzie się bezkarnie przedłużać. Ba, od dobrych paru miesięcy mamy zamówienia unijne elektroniczne, ale w parze z elektronizacją składania ofert jakoś nie widzę gotowości zamawiających do podpisywania elektronicznych umów. A to przyspieszyłoby sprawę jeszcze bardziej.

Naprawdę, gdy zamawiający szykuje się do podpisania umowy, najważniejszą rzeczą, którą powinien zrobić, powinien być telefon do wykonawcy. I dogadanie się tak, aby obom stronom było wygodnie. Na dobry początek współpracy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.