O ofercie niepisemnej

Wspomniany tydzień temu tekst prof. Ryszarda Szostaka dostarczył mi jeszcze pożywki dla co najmniej dwóch refleksji, którymi tutaj chcę się podzielić. Dzisiejsza została wywołana fragmentem, w którym prof. Szostak wskazywał, jak bardzo w zamówieniach publicznych demonizujemy pełnomocnictwo do podpisania oferty. Stwierdził (moim zdaniem słusznie), że samo żądanie pełnomocnictw jest niepotrzebne, bo ewentualne konsekwencje działania bez pełnomocnictwa mogą zaistnieć dopiero przy podpisywaniu umowy.

Już lata temu pisałem w „szponach” o tym, że sensownym rozwiązaniem byłoby zrezygnowanie z obowiązku zawierania umowy w wyniku postępowania o udzielenie zamówienia publicznego jako odrębnego aktu – nic (poza art. 139 ust. 2 Pzp) nie stoi na przeszkodzie, aby umowa powstała w wyniku przyjęcia oferty (czyli w warunkach zamówień publicznych wyboru najkorzystniejszej oferty, który stałby się ostateczny i wykonalny po rozstrzygnięciu odwołań albo upływie czasu na ich wniesienie). Oczywiście, w takiej sytuacji trudno byłoby odstąpić od żądania pełnomocnictw wraz z ofertami, bo ich status zdecydowanie by się zmienił – oferta wszak byłaby jednym z dwóch integralnych elementów umowy (obok specyfikacji).

Jednak skoro o rezygnacji z art. 139 ust. 2 Pzp nie myślimy, to może warto pomyśleć o propozycji prof. Szostaka. Po co nam pełnomocnictwa (tylko z nimi kłopoty, zwłaszcza teraz, o czym pisałem kilka miesięcy temu)? Ba, może warto pójść dalej. Po co nam pisemne oferty lub podpisy kwalifikowane? Czy nie idziemy za daleko po to, aby zapewnić w każdym drobiazgu bezpieczeństwo zamawiającego? Szczerze mówiąc nie sądzę, aby dopuszczenie do składania ofert bez pełnomocnictwa ani bez pisemnego/kwalifikowanego podpisu wpłynęło negatywnie na pozycję zamawiających w postępowaniu. Nie sądzę, aby wykonawcy zauważalnie mniej poważnie traktowali swój udział w przetargach – to wciąż dla nich okazja do zrobienia dobrego interesu, a tego nie traktuje się niepoważnie.

Co więcej, złożenie oferty zwykle zabezpiecza się wadium. Wykonawca ryzykuje gotówką. To oznacza, że istnieje instrument, który służy zamawiającemu do dyscyplinowania wykonawców. I nawet jeśli ofertę podpisze „nie wiadomo kto”, to jeśli wykonawca wniesie wadium, powinno ono w przypadku uchylenia się od podpisania umowy być zatrzymane. Niezależnie bowiem od tego, kto podpisał ofertę, skoro wniesiono także wadium, to ofertę należy traktować poważnie – osoba/firma, która wysyłała przelew, wzięła na siebie odpowiedzialność za ofertę.

Czy nie byłoby nam wszystkim łatwiej? Wykonawcom – przede wszystkim złożyć ofertę, bez tych wszystkich barier w postaci pisemnej formy oferty i konieczności jej doręczania fizycznie zamawiającemu (poniżej progów) albo podpisu kwalifikowanego dla każdej osoby, która ofertę może podpisać (powyżej progów, a także poniżej progów, jeśli zamawiający jest postępowy). To są drobne, ale istniejące bariery – czasu i kłopotu, gdy wykonawca dotąd podpisem elektronicznym nie dysponował lub osoba w jego organizacji, która taki miała, nagle okazała się nieosiągalna. Zamawiającym też łatwiej – nie trzeba sprawdzać pod tym kątem ofert, mniej papierów, a jeśli wykonawca nie będzie chciał podpisać umowy – zabiorą wadium. A jeśli zamawiający wadium nie żądał – cóż, to widać nie było nic ważnego ;)

Ps. A już najbardziej irytuje mnie plaga powielania ustawowych rozwiązań w tym zakresie w postępowaniach nieobjętych przepisami ustawy, o niewielkiej wartości. Tam to naprawdę ogranicza konkurencję, bo jeśli wykonawca dla zdobycia zamówienia o wartości setek tysięcy złotych pewnie zorganizuje się, by dowieźć oryginał oferty do siedziby zamawiającego, to przy zamówieniu o wartości paru tysięcy często nie będzie mu się po prostu chciało…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.