O wytrząśniętych z rękawa 60%

Już nie raz pisałem o obowiązkowym minimum wagi kryterium ceny – magicznych 60%. Ale, po pierwsze, pisania chyba nigdy dość, na co wskazuje objawiony nam niedawno projekt nowej ustawy Pzp, a po drugie, tutaj zawsze pisałem tak trochę z flanki (w 2017 głównie o warunku wykazania uwzględnienia kosztów cyklu życia, w 2016 zaś przede wszystkim o wypełnianiu pozostałych 40% kryteriów niecenowych okresem gwarancji). A największa głupota w art. 91 ust. 2a ustawy Pzp leży w odgórnym ustaleniu wagi na poziomie 60%. Oczywiście – nigdzie nie znajdę (ani w uzasadnieniu nowelizacji ustawy Pzp, która ten próg wprowadziła, ani w uzasadnieniu projektu nowej ustawy Pzp) racjonalnego uzasadnienia, skąd to 60% się wzięło. Wyssano je z palca, wytrząśnięto z rękawa, bez odrobiny refleksji nad skutkami tego posunięcia. A skutki znamy :)

Nawet gdybym był zamawiającym, który pragnie pozostałe 40% wypełnić treścią jakościową, to w wielu przypadkach (podkreślam: wielu, nie wszystkich) nie będzie to miało sensu. Skoro bowiem oceniana jakość miałaby mieć wagę równą 2/3 wagi ceny, to aby sensownie ułożyć kryteria musiałbym zróżnicować jakość do oceny tak bardzo, że albo minimum byłoby dla mnie kompletnie niesatysfakcjonujące, albo maksimum byłoby absolutnie zbytecznym luksusem, którego publiczny zamawiający nie potrzebuje. Bo przecież ustalanie wag kryteriów (w ogóle – sposób oceny w poszczególnych kryteriach) musi mieć przysłowiowe ręce i nogi.

Jeśli cena będzie mieć wagę 60%, a czynnik jakościowy (albo jakikolwiek inny) wagę 40%, chociaż wartość tego elementu będzie na poziomie 5% ceny całości zamówienia – to kryterium będzie albo kompletnie martwe, albo dyskryminujące. Martwe, bo jeśli każdy wykonawca może ten element dać, to byłby idiotą, gdyby go nie zaoferował. Gdyby tego nie zrobił – może odrobinę zyska w kryterium ceny, ale w kryterium jakości straci znacznie więcej i po prostu nie będzie miał szans. Dyskryminujące, bo może się okazać, że część wykonawców tego dodatkowego parametru jakościowego nie jest w stanie spełnić. Dawniej, gdyby kryterium byłoby sensownie zważone, mogliby w przetargu wystartować i mieliby szansę (a skoro zamawiający czyni z tego parametru kryterium, a nie sztywny wymóg, to znaczy, że nie jest dla niego element najistotniejszy). Teraz nie ma to sensu, strata czasu i pieniędzy, bo szans nie ma żadnych. I tylko pozornie mamy do czynienia z kryterium oceny ofert wartościującym różne oferty – faktycznie mamy do czynienia z wymogiem eliminacyjnym. Tak czy owak kryterium jest martwe.

W projekcie nowej ustawy Pzp jest tylko gorzej. Krąg podmiotów objętych regulacją został poszerzony, a przesłanką pozwalającą na odejście od jego zastosowania zostało oprócz opisu wymogów jakościowych: albo brak kosztów cyklu życia, albo określenie „maksymalnego kosztu, jaki może ponieść zamawiający lub inni użytkownicy w odniesieniu do co najmniej jednego istotnego czynnika związanego z używaniem, użytkowaniem, utrzymaniem lub utylizacją oddziałującego na koszty cyklu życia przedmiotu zamówienia”. Jak to skomentować, nie mam pojęcia. Jeśli będziemy mieć do czynienia z takim przedmiotem zamówienia, w którym koszt cyklu życia występuje, ale tak opisanym w specyfikacji, że koszt ten nie będzie zróżnicowany w odniesieniu do poszczególnych ofert – co mam zrobić? Czymże jest to określenie kosztu jednego z czynników cyklu życia i czemu ma służyć? Jak należy go określić i w jakim celu? Dlaczego tylko jednego, dowolnego? Ja tego nie pojmuję.

A przecież istnieją prostsze i znacznie bardziej sensowne rozwiązania postawionych problemów, inne niż kompletnie abstrakcyjne 60%. Jeśli zamawiający nie określi jakiegoś ważnego parametru jakościowego w opisie przedmiotu zamówienia – powinien mieć obowiązek zastosowania kryterium oceny ofert w tym zakresie (oczywiście o wadze odpowiedniej, a nie wyssanym z palca minimum). Jeśli może zaistnieć sytuacja, że to, co zaoferują wykonawcy, będzie mogło mieć różny koszt cyklu życia, należy zastosować kryterium kosztu cyklu życia zamiast ceny. Co teraz? Zamawiający stosują i będą stosować kryteria bezsensowne lub w praktyce martwe.

Najbardziej bolesne jest to, że ci, którzy piszą przepisy, oczekują od zamawiających, że będą stosować sensowne kryteria oceny ofert. Problem w tym, że piszą bezsensowne przepisy i jeśli kogoś winić za bezsensowne kryteria, to w dużej mierze właśnie tych, co je piszą. Tymczasem obrywać będą zamawiający…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.